Od ponad dwóch tygodni trwa - domyślam się, że dla większości obserwujących zupełnie nieczytelna - batalia o ratyfikację Traktatu Lizbońskiego. Cała sprawa nabrzmiała w momencie kiedy, zupełnie nieoczekiwanie, Jarosław Kaczyński ogłosił, że warunkiem poparcia ustawy ratyfikującej przez posłów PiSu jest umieszczenie w preambule ustawy zapisów uniemożliwiających zmianę zawartych porozumień.
O konstytucyjności takiego rozwiązania za chwilę. Najpierw proponuję przypomnieć sobie, co działo się wcześniej. Otóż, Pan Prezydent Kaczyński po powrocie z Lizbony ogłosił, że udało się wypracować porozumienie, na mocy którego Polska uzyskała wszystko to, co chciała. Jednym słowem: odtrąbiono pełny sukces (inna sprawa, że wystarczy spojrzeć z jakim stanowiskiem negocjacyjnym polska ekipa ruszała do Portugalii i z czym wróciła, by wiedzieć, że wcale aż tak różowo nie było. Prezydent został zobowiązany do obrony idei tzw. głosowania pierwiastkowego, czyli formy kontynuowania obowiązującą do dziś zasadę degresywnej proporcjonalności a wrócił z Joaniną, czyli możliwością blokowania decyzji UE przez określony czas). Ponieważ zarówno Prezydent, jak rząd Jarosława Kaczyńskiego w całej rozciągłości popierali Traktat, należałoby się spodziewać, że żadnego kłopotu z ratyfikacją nie będzie.
Tłumaczenie, że dodatkowe zapisy w ustawie ratyfikacyjnej są potrzebne, by Polska nie zrezygnowała z części wynegocjowanych zapisów (nie przyjęliśmy w Lizbonie Karty Praw Podstawowych, jesteśmy za to sygnatariuszem tzw. Protokołu Brytyjskiego) brzmią tyleż patriotycznie, co dziecinnie. Traktat został sygnowany przez wszystkie 27 państw członkowskich. Zmiana jakichkolwiek postanowień dotyczących pojedynczego kraju w praktyce będzie wymagała zmiany całego Traktatu, co oznacza, że nawet rząd Donalda Tuska, do którego Jarosław Kaczyński nie ma za grosz zaufania, nie będzie mógł jednostronnie dokonać jakichkolwiek zmian.
Ostatni tydzień przed świętami zaowocował złożeniem do Laski Marszałkowskiej kolejnego projektu ustawy ratyfikacyjnej - tym razem inicjatywą legislacyjną wykazał się Prezydent, co w praktyce zaowocowało brakiem możliwości głosowania ustawy jeszcze przed świętami. Prezydent proponuje "zaszycie" w ustawie mechanizmów zabezpieczających przed zmianą tejże (wymagana zgoda Sejmu, Premiera i Prezydenta), co jest posunięciem z gruntu niekonstytucyjnym.
Dlaczego? Dlatego, że Konstytucja wyraźnie określa, jakie warunki muszą zostać spełnione w procesie stanowienia prawa: dla "zwykłych" ustaw jest to po prostu większość, dla traktatów międzynarodowych większość kwalifikowana 2/3 głosujących.
Właśnie wymóg większości 2/3 głosów powoduje, że ratyfikacja musi zostać dokonana głosami przynajmniej części posłów Prawa i Sprawiedliwości.
Najbliższy tydzień pokaże, czy uda się osiągnąć konsensus, czy też stanowisko jednego klubu parlamentarnego doprowadzi do sytuacji, kiedy również w 2008 roku będziemy musieli fatygować się do urn.
Jakub Szulc
poseł Ziemi Kłodzkiej na Sejm RP




Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób.
Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!






