Już po raz trzeci Szkoła Podstawowa im. św. Wojciecha we Włodowicach organizowała konkurs literacko – dziennikarski Moja Mała Ojczyzna dla uczniów z Dolnego Śląska. Wpłynęło 66 prac z 26 szkół. Prace nadesłało 36 uczniów ze szkół podstawowych (SP w Jugowie, w Miszkowicach, Ludwikowicach, Woliborzu, Włodowicach, Nowej Wsi k. Nowogrodźca, Dzikowcu, Goczałkowie, SP nr 2, nr 3 i nr 7 w Nowej Rudzie, SP nr 1 w Kamiennej Górze, SP nr 1 w Pieszycach, SP nr 15 w Wałbrzychu), 21 uczniów w kategorii gimnazjum (gimnazja w Ludwikowicach, Przewornie, Bożkowie, Lądku Zdr., Złotoryi, Gimnazjum nr 7 w Wałbrzychu, Gimnazjum nr 2 w Kłodzku i Gimnazjum nr 3 w Nowej Rudzie), a także 9 uczniów ze szkół ponadgimnazjalnych (Zespół Szkół Ekonomicznych w Świdnicy, Zespół Szkół Alternatywnych w Kłodzku, Zespół Szkół nr 9 w Wałbrzychu i Liceum Ogólnokształcące w Nowej Rudzie).
Jury w składzie: Beata Jaroszewska – poetka, Karol Maliszewski – poeta, prozaik, krytyk literacki, Romuald Piela – dziennikarz, Tomasz Leśniowski – poeta, dziennikarz - obradowało 23 lutego 2007 roku i wyłoniło 18 laureatów konkursu. Wyniki konkursu zostały ogłoszone 23 kwietnia, podczas obchodów Dnia Patrony szkoły – św. Wojciecha.
Jurorzy postanowili rozdzielić prace ze szkół podstawowych na dwie kategorie: poezja i proza, z uwagi na dużą ilość nadesłanych prac. Jury przyznało nagrodę główną i tytuł MŁODE PIÓRO 2007 dla Krzysztofa Domińskiego z Zespołu Szkół Ekonomicznych w Świdnicy za felieton „Gdzie dobrze, tam i ojczyzna...”.
Jurorzy wyłonili 5 laureatów ze szkół podstawowych w kategorii prozy: I miejsce Marta Gorlicka z SP w Pieszycach, II miejsce Kamil Fecko z SP nr 2 w Nowej Rudzie, III miejsce Urszula Jaworek z SP w Goczałkowie, wyróżnienia: Klaudia Chmielewska z SP w Jugowie oraz Oldřich Justa z SP w Miszkowicach.
W kategorii poezji szkół podstawowych również doceniono 5 prac: I miejsce Anna Paździur z SP nr 1 w Kamiennej Górze, II miejsce Anna Gracz z SP we Włodowicach, III miejsce Malwina Sikora z SP nr 2 w Nowej Rudzie oraz 2 wyróżnienia: Ada Noga i Marta Urbańska – obie z SP nr 3 w Nowej Rudzie.
Nagrodzono również 5 uczniów w kategorii szkół gimnazjalnych: I miejsce Katarzyna Banach z Gimnazjum nr 3 w Nowej Rudzie – Drogosławiu, II miejsce Klaudiusz Kowalczyk z gimnazjum w Ludwikowicach, III miejsce Wojciech Laszczyński z gimnazjum w Przewornie oraz 2 wyróżnienia: Monika Bednarska i Izabela Kowalska – obie z gimnazjum w Lądku Zdr.
W kategorii szkół ponadgimnazjalnych przyznano 2 wyróżnienia: Justyna Schwałkowska z Zespołu Szkół Ekonomicznych w Świdnicy oraz Hubert Łuszczewski z Zespołu Szkół Alternatywnych w Kłodzku.
Opiekunowie nagrodzonych uczniów to: Janina Kosztur, Monika Kotopka, Krystyna Błotnicka, Marta Kozik, Edyta Szpak, Grażyna Tosik, Anna Rajczakowska, Dorota Olejnik, Helena Początek, Iwona Szuber, Elżbieta Wojtas, Maria Leszko, Anita Dytko, Bożena Nowak-Mierzwa, Anna Grzybowska, Iza Muller.
Dyrekcja Zespołu Szkolno – Przedszkolnego im. św. Wojciecha we Włodowicach oraz organizatorzy konkursu serdecznie dziękują jurorom: Beacie Jaroszewskiej, Karolowi Maliszewskiemu, Tomaszowi Leśniowskiemu i Romualdowi Pieli za wieloletnią współpracę i ogromne zaangażowanie. Dziękujemy również sponsorom nagród dla uczniów i ich opiekunów, a są nimi: Tomasz Leśniowski, Usługi Poligraficzne Bogdan Kokot vel Kokociński, Miejska Biblioteka Publiczna w Nowej Rudzie, Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Włodzica”.
Koordynator konkursu Anna Grzybowska
Biuletyn pokonkursowy Konkurs literacko – dziennikarski Moja Mała Ojczyzna
Na III konkurs literacko – dziennikarski Moja Mała Ojczyzna dla uczniów z Dolnego Śląska wpłynęło 66 prac z 26 szkół. Prace nadesłało 36 uczniów ze szkół podstawowych (SP w Jugowie, w Miszkowicach, Ludwikowicach, Woliborzu, Włodowicach, Nowej Wsi k. Nowogrodźca, Dzikowcu, Goczałkowie, SP nr 2, nr 3 i nr 7 w Nowej Rudzie, SP nr 1 w Kamiennej Górze, SP nr 1 w Pieszycach, SP nr 15 w Wałbrzychu), 21 uczniów w kategorii gimnazjum (w Ludwikowicach, Przewornie, Bożkowie, Lądku Zdr., Złotoryi, Gimnazjum nr 7 w Wałbrzychu, Gimnazjum nr 2 w Kłodzku, i Gimnazjum nr 3 w Nowej Rudzie), a także 9 uczniów ze szkół ponadgimnazjalnych (Zespół Szkół Ekonomicznych w Świdnicy, Zespół Szkół Alternatywnych w Kłodzku, Zespół Szkół nr 9 w Wałbrzychu i Liceum Ogólnokształcące w Nowej Rudzie).
Jurorzy w składzie: Beata Jaroszewska – poetka, Karol Maliszewski – poeta, prozaik, krytyk literacki, Romuald Piela – dziennikarz, Tomasz Leśniowski – poeta, dziennikarz - obradowało 23 lutego 2007 roku i wyłonili 18 laureatów konkursu. Jurorzy postanowili rozdzielić prace ze szkół podstawowych na dwie kategorie: poezja i proza, z uwagi na dużą ilość nadesłanych prac.Jury przyznało nagrodę główną i tytuł MŁODE PIÓRO 2007 dla Krzysztofa Domińskiego z Zespołu Szkół Ekonomicznych w Świdnicy za felieton „Gdzie dobrze, tam i ojczyzna...”.
Jurorzy wyłonili 5 laureatów ze szkół podstawowych w kategorii prozy:
I miejsce Marta Gorlicka z SP w Pieszycach, II miejsce Kamil Fecko z SP nr 2 w Nowej Rudzie, III miejsce Urszula Jaworek z SP w Goczałkowie, wyróżnienia: Klaudia Chmielewska z SP w Jugowie oraz Oldřich Justa z SP w Miszkowicach.
W kategorii poezji szkół podstawowych również doceniono 5 prac: I miejsce Anna Paździur z SP nr 1 w Kamiennej Górze, II miejsce Anna Gracz z SP we Włodowicach, III miejsce Malwina Sikora z SP nr 2 w Nowej Rudzie oraz 2 wyróżnienia: Ada Noga i Marta Urbańska – obie z SP nr 3 w Nowej Rudzie.
Nagrodzono również 5 uczniów w kategorii szkół gimnazjalnych: I miejsce Katarzyna Banach z Gimnazjum nr 3 w Nowej Rudzie – Drogosławiu, II miejsce Klaudiusz Kowalczyk z gimnazjum w Ludwikowicach, III miejsce Wojciech Laszczyński z gimnazjum w Przewornie oraz 2 wyróżnienia: Monika Bednarska i Izabela Kowalska – obie z gimnazjum w Lądku Zdr.
W kategorii szkół ponadgimnazjalnych przyznano 2 wyróżnienia: Justyna Schwałkowska z Zespołu Szkół Ekonomicznych w Świdnicy oraz Hubert Łuszczewski z Zespołu Szkół Alternatywnych w Kłodzku.
Opiekunowie nagrodzonych uczniów to: Janina Kosztur, Monika Kotopka, Krystyna Błotnicka, Marta Kozik, Edyta Szpak, Grażyna Tosik, Anna Rajczakowska, Dorota Olejnik, Helena Początek, Iwona Szuber, Elżbieta Wojtas, Maria Leszko, Anita Dytko, Bożena Nowak-Mierzwa, Anna Grzybowska, Iza Muller.
MŁODE PIÓRO 2007
„Gdzie dobrze, tam i ojczyzna...”.
Kolejne sobotnie popołudnie. Leżę na tym łóżku już chyba z godzinę i nie mam pojęcia, czym mógłbym się zająć. Zadań domowych odrabiać się nie chce, komputer... dziwnie mi się znudził. Ech... co ja mogę ciekawego Wam o sobie opowiedzieć? To mój pokój. Tu jest łóżko, tam biurko, a za nim okno... właśnie! Za oknem rozpościera się czyste błękitne niebo, słońce się jeszcze nie schowało za horyzont, więc może zabiorę Was na spacer? Niezły pomysł, prawda? Najlepiej w jedno z moich ulubionych miejsc. Problem tylko w tym, że musimy przejść przez całe miasto, ale to Was chyba nie zniechęca? No to zapraszam... do Świebodzic.
***
Prosta ulica, naprzeciwko stary dom z rzeźbionymi kolumnami, najprawdopodobniej w stylu barokowym, tak dokładnie się na tym nie znam. Ale co nieco kojarzę z lekcji kultury. Mówię o tym mniejszym domku, bo ten większy, który Wam się zapewne pierwszy rzucił w oczy, to Ośrodek Kultury. Długa historia mnie z nim wiąże. Tutaj zagrałem swój pierwszy koncert, choć tamtego zespołu dobrze nie wspominam... Nie będę zagłębiał się w tę historię, bo mało Was pewnie interesuje. Powiem tylko tyle, że teraz, co wtorek, mam tu, razem z kumplami, próby nowego zespołu, w którym zbiegiem okoliczności – śpiewam. No, ale chodźmy dalej, bo nas zachód słońca tutaj zastanie. Zanim przejdziemy to skrzyżowanie, chciałbym zwrócić Wam uwagę na tę piekarnię po lewej stronie. Za każdym razem, kiedy wracam tędy wieczorem, akurat wystawiają pieczywo przy drzwiach, a wentylator wyrzuca ten zapach świeżego pieczonego chleba na zewnątrz. Uwielbiam moment, w którym wchodzę w ten zapachowy obłok...
OK, mamy zielone światło, więc idziemy na drugą stronę. Na temat tego sklepu monopolowego nic wam nie będę wspominał, bo nie wypada, ale też parę ciekawych historii się z nim wiąże. Idziemy dalej. Tutaj, po prawej stronie, jest ulica prowadząca do rynku, ale my pójdziemy jeszcze kawałek, żeby zobaczyć najładniejsze miejsce w środku miasta. To, co się tak świeci na pomarańczowo po Waszej prawej stronie, to cukiernia, a jednocześnie kawiarnia. Taka nowa, niedawno otwarta. Jedno z dwóch miejsc, oprócz pizzerni, gdzie można wieczorem spokojnie posiedzieć razem z kumplami czy dziewczyną. W takiej miejscowości niewiele jest lokali tego typu, a do tych, gdzie po zmroku zbierają się grupy szukających zaczepki skejtów, po prostu nie chodzę. Atletą nie jestem, więc chyba mnie rozumiecie.
Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam do Wrocławia, czuję się zupełnie inaczej. Tam, gdzie po dwudziestej zaczyna się życie, świat wydaje się zupełnie inny. Gdy wracam do swojej dużej wioski, to czuję się tak, jakbym oglądał stare westerny. Wymarłe miasto, cisza na ulicy, światła mrugające na pomarańczowo kołyszą się smutnie na wietrze, a liście nerwowo unoszą się na podmuchach niewidzialnej siły, uderzając o krawężnik. Wszystko napełnia mnie wtedy nieopisaną melancholią i lękiem...
Ale oto jesteśmy już na placu. Ten pomnik papieża na górze, to, moim zdaniem, najbardziej nieudana rzecz, jaka samorządowcy zrobili w tym mieście. Popiersie od siedzącej postaci, a tułów od stojącej. Papież lewą ręką trzyma swoje szaty, falujące na wietrze, a prawą... no właśnie... zamiast pozdrawiać ludzi, to podpiera podbródek. Bez sensu. Więc co na tym placu jest piękne? Kwiaty. Tysiące kwiatów o różnych kolorach, mieniących się w barwnych promieniach słońca i pozdrawiających mnie już z daleka. Kwiaty, które układają barwny ogród w samym sercu miasta i, gdyby nie odgłos przejeżdżających samochodów, można by rzec, że jest się gdzieś poza nim. Z tego miejsca widać już wieżę małego kościoła. Tutaj, w centrum, są dwa kościoły. Duży i mały, co łatwo skojarzyć, że ten pierwszy jest po prostu większy. Z tego miejsca można podziwiać widok, który daje się obejrzeć jeden raz w ciągu dnia. Słońce zatrzymuje się w dzwonnicy kościoła i rozdziera swoje promienie na wszystkie strony w tylko sobie znany, magiczny sposób. Widzicie?
To ta brama, naprzeciw kościoła. Wracają wspomnienia. Tutaj mieszka dziewczyna, w której zakochałem się pierwszy raz w życiu. Teraz już wiem, że była to tylko młodzieńcza miłość, pozbawiona w pełni racjonalnego spojrzenia na świat, ale doświadczeń nie da się wymazać, tak samo, jak historii miasta, kraju czy świata. Pełna miłych chwil i uśmiechów przygoda, zakończona w niezbyt przyjemny sposób. Robiłem, co mogłem, a naprawdę robiłem wiele. Kiedyś mi powiedziała, że to „zbyt piękne, by było prawdziwe”. Ot, banalne – powiecie. Dwa tygodnie później kazała mi iść w drugą stronę, choć teraz twierdzi, że zrobiła źle. Szkoda, że na niektóre rzeczy czasami jest za późno... Nie jest dla mnie już taka ważna, taka jedyna i wyjątkowa, jaką była wtedy. Zbyt wiele się zmieniło. Ja też wydoroślałem. Miłość postrzegam zupełnie inaczej. W jaki sposób, to już musicie zapytać pewnej osoby, niestety, mieszkającej daleko stąd...
Zagaduję Was, wspominam, a nawet nie zauważyłem, że doszliśmy do rynku. Kwadratowa wyspa na morzu ulic, a na niej ratusz, drzewa, mała fontanna, parę ławek dokoła i kiosk. O tę część miasta zawsze wszystkie władze dbają najbardziej. U nas jest podobnie. Odnowiony budynek z zegarem na wieży. Nie sugerujcie się nim, bo zawsze się spóźnia o półtorej godziny. Tutaj jest pięknie na święta. Na drzewach pozawieszane są długie łańcuchy złotych lampek, na lampach kolorowe światełka, a w sylwestra... największy w okolicy pokaz sztucznych ogni. Romantyka i nowoczesność. Prawda o mnie jest taka, że nie lubię imprez. Sylwestra też zazwyczaj spędzam w domu, więc o północy przychodzę tutaj, żeby popatrzeć na widowisko. Zauważyliście na pewno, że wszędzie tutaj jest czysto. Bodajże trzy lata temu moje miasto uznano za najczystszą miejscowość w województwie. Aż przyjemnie się spaceruje po takich ulicach. Pojedźcie na przykład do Wałbrzycha... okropność. Widzę, że słońce już schowało się za dachy budynków, więc musimy się spieszyć, jak chcemy zdążyć na autobus. Chodźmy.
***
Wąska uliczka przeprowadziła gości przez dolinę zabudowań. Po drodze mijali pozamykane sklepy, świat stawał się coraz cichszy na tym zakątku ziemi. Tuż koło roznoszącej słodką woń fabryki czekolady, przebiega jedna z głównych dróg, o którą wzbogaciło się moje miasto. Chłopak ciągle opowiadał o każdym szczególe, jaki rzucał się w oczy. Widać było, że to jego miasto, że je zna i kocha. Przeszli przez kamienny most, rozciągnięty nad brunatną rzeką, która co tydzień zmieniała kolor, rzadko będąc czystą i przejrzystą. Długa droga zaczęła wspinać się do góry, a budynki po obu stronach zasłaniały widoki. Opowiadał o swoich rowerowych wyprawach, które pozwalały mu znaleźć spokój, pozwalały odstresować się i, co może wydawać się dziwne, odpocząć. Skręcili w stronę innej góry, na której szczycie stało małe osiedle domków jednorodzinnych. Snobistyczne bogactwo i przepych, jedne wynioślejsze od drugich, górują nad miastem, przypominając o starodawnym podziale mieszczan, mieszkających w dole grodu i szlachtę. Z dumnym czołem kroczącą w wysoko zbudowane twierdze. Droga skręcała w lewo i długim wężem wcinała się w pola zbóż, ciągle wijąc się do góry.
Szli tamtędy wielcy rycerze współczesnego świata. Cięli swym wzrokiem kłosy zboża, bo mieczy już nie nosili od dawna. Ich buty stawiały dumne kroki, za każdym razem unosząc głowę o parę centymetrów ponad miasto. Wysokie słupy przeciągały linie wysokiego napięcia, krojąc krajobraz na pół. Zaledwie parę kroków dzieliło ich od miejsca, w którym chłopak spędzał najwięcej swoich samotnych chwil. Z prawej strony las, po którym promienie ognistego rydwanu spływały jak świeża krew. Tuż obok panorama zabudowań, nad którą zamykała się powieka cienia, a w części objętej mrokiem, zaczynały przebłyskiwać pierwsze latarnie. Miasto szykowało się do snu, układając swoją zmęczoną głowę na poduszce z obłoków.
Droga wiodła dalej, ku cmentarzowi... Gdy prawa część krajobrazu szykuje się do snu, jego lewa strona dopiero budzi się do swojego wiecznego życia... tuż za cmentarzem droga spadała w dół, urywając się niczym wodospad na klifowym wybrzeżu. Jej los skrywają za sobą dwa kolejne pagórki, złowrogo patrzące w stron tego najwyższego wzniesienia. Całkiem na zachodzie, czerwona Eos zatapiała się w morzu drzew, chcąc przedłużyć jeszcze parę sekund swą obecność na tym świecie...
***
Tu jest moje magiczne miejsce. Tutaj przychodzę zawsze wtedy, kiedy ma coś do przemyślenia, kiedy cos mnie dręczy, kiedy chcę popatrzeć z boku na ten pędzący gdzieś świat. Piękny zachód słońca, piękne wzniesienia „wygolone” do połowy, niskie trawy, a w drugiej połowie porośnięte wysokim lasem. Tutaj siadam i patrzę przed siebie. Często biorę kartkę, długopis i... po prostu pisze. Wiele rzeczy tu powstało. Wiersze, opowiadania... za każdym razem jest tu jakaś magiczna moc, która mnie ogarnia, jakaś wena twórcza... Tu, gdzie rodzi się i umiera historia. Czujecie ten dreszcz na plecach? To tutaj kończy się moja mała Ojczyzna. Te drogi, które znam na pamięć, te drzewa z odciskami moich palców, to miasto, które leż pod moimi stopami. Tam, gdzie widać wieże, duży kościół, ratusz, mały kościół... A tam, obok tego czerwonego dachu, to mój dom, widzicie? To wszystko, co widać, to MÓJ DOM...
Krzysztof Domiński, Zespół Szkół Ekonomicznych w Świdnicy, opiekun Janina Kosztur
Szkoły Podstawowe
Poezja
I miejsce
„Tutaj”
Jest takie jedno miejsce na ziemi,
gdzie myślę i marzę.
Tutaj
szelestem liści
zacieram wspomnień szlaki.
Tutaj
wszystkie przykrości
odchodzą w zapomnienie.
Tutaj
razem z przyjaciółmi
zajadam się uśmiechem.
Tutaj
życie jest jak sen
najpiękniejsze.
Tutaj
wspomnienia
są przypięte do miejsc.
Tutaj
każde serce
przepełnia nadzieja.
Tutaj
poprawek żadnych po Bogu
nanosić nie potrzeba.
Tutaj
jest moje miejsce
Kamiennogórska Ziemia.
Anna Paździur z SP nr 1 w Kamiennej Górze, opiekun Bożena Nowak-Mierzwa
II miejsce
Kochane drzewo
Dziś siedzę na zielonej łące,
Widzę drzewa w dali.
Zapraszają mnie do siebie,
Wołają: „Przyjdź, przyjdź”.
Lecz jest drzewo stojące samotnie,
Szare jego gałęzie targa rozszalały wiatr.
Drzewo to spogląda na mnie spod ciężkich powiek.
Nie ma siły, ale się uśmiecha.
Wiedziałam, że mnie obserwuje.
Przytuliłam je mocno do serca.
Chciałam, aby wiedziało, że nie jest samo.
Czułam, że ono też mnie ukochało.
Staliśmy tak w milczeniu.
Otaczały nas noworudzkie polany.
Wiatr nieustannie unosił moje włosy i jego starą koronę.
Nadszedł wieczór,
Ja nadal tam byłam, ale ruszyłam w kierunku domu.
W nocy, przed zaśnięciem, wspomniałam jak staliśmy na wzgórzu bez słów.
Jednak nie mogłam spać.
Myśl, że opuściłam przyjaciela nie ustępowała.
Wyszłam z domu, nie mówiąc nikomu.
Biegłam w jego kierunku.
Nie było go tam.
Zostały po nim wspomnienia i ścięty pień.
Anna Gracz z SP we Włodowicach, opiekun Anna Grzybowska
III miejsce
„Litania Nepomuceńska”
Święty Janie Nepomucenie, Patronie historii trzech narodów,
Wstawiaj się za nami!
Spowiedniku wierny, żony króla Wacława i gapiów ulicznych,
Wstawiaj się za nami!
Bracie, za zachowanie tajemnic torturom poddany,
Wstawiaj się za nami!
Bohaterze, w rzece za milczenie utopiony,
Wstawiaj się za nami!
Lwie, co dzielnie prawdy broniłeś,
Wstawiaj się za nami!
Gospodarzu, witający handlarzy o świcie,
Wstawiaj się za nami!
Radości miejskich ptaków, trzymający cierpienie świata w splecionych dłoniach,
Wstawiaj się za nami!
Dzielnych powodzian pomoco,
Wstawiaj się za nami!
Strażniku sekretów mojego miasta,
Wstawiaj się za nami!
Mędrcze, nad dolą noworudzian zamyślony,
Wstawiaj się za nami!
Przechodniu, kłaniający się mostowym pijaczkom,
Wstawiaj się za nami!
Muzo i Natchnienie – Olgi, Karola, Davida,
Wstawiaj się za nami!
Licznych mostów opiekunie,
Wstawiaj się za nami!
Ojcze żywiołu, zadumany nad losem górników,
Wstawiaj się za nami!
Władco rzeki, pochylony zawsze serdecznie ku staruszce z laseczką,
Wstawiaj się za nami!
Przyjacielu dzieci do szkoły idących,
Wstawiaj się za nami!
Orle, Nowej Rudy broniący,
Wstawiaj się za nami!
Samotniku, nad rzeką samochodów wiernie czuwający,
Wstawiaj się za nami!
Ratowniku dusz ludzkich, na czarny most troskliwie spoglądający,
Wstawiaj się za nami!
Obrońco prostaczków, w stare kamienice tkaczy wpatrzony,
Wstawiaj się za nami!
Nauczycielu, szlachetnej czystości i honoru,
Wstawiaj się za nami!
Żołnierzu na cokole, broniący życie nasze,
Wstawiaj się za nami!
Zaufany rycerzu wiary, co idziesz z pomocą,
Wstawiaj się za nami!
Święty Janie Nepomucenie – chroń nas przed zgubnymi falami podłości i nienawiści, na nasze drogi w labiryncie życia racz spojrzeć łaskawie i uczyń serca nasze według serca Twego. Amen.
Malwina Sikora, SP nr 2 w Nowej Rudzie, opiekun Iwona Szuber
Wyróżnienie
Ruda
Opadłych liści dywan
Pokrył już okolicę,
Kapliczki, smutne parki,
Wdziera się na ulice.
Niekiedy bywa słota,
Mniej jasno słonko świeci,
Do naszej szkoły „trójki”
Wesołe idą dzieci.
Na rynku pod ratuszem
Gołąbki im gruchają,
A młode dłonie dzieci
Okruchy ptaszkom dają.
Wiatr kręci i powiewa
W dół góry Anny spada,
Chwilami mroźny, gniewny,
Zimę już zapowiada.
Na Kolejowej zwolni,
Już na Drogosław leci
I znów spokój, cisza
I znowu słonko świeci.
Ech... powiem Wam w sekrecie,
Bo to jest prawda cała...!
Wśród gór ukrytych cicha
Ta nasza Ruda mała.
OJCZYZNA – dobre słowo,
Tym słowem się zachwycę,
Kocham to moje miasto
I całą okolicę.
Choć teraz nic nie zrobię,
Bo jestem jeszcze mała
Zostanę tu na pewno
I będę tu mieszkała.
Tu jest mój dom rodzinny
I dla mnie słonko świeci,
Tutaj zbuduję Polskę
Dla wszystkich „rudzkich” dzieci.
Marta Urbańska, SP nr 3 w Nowej Rudzie, opiekun Iza Muller
Są Ojczyzny duże...
Są Ojczyzny duże,
Lecz moja jest mała.
Moja jest przy murze
I jest piękna cała.
Rosną tam kwiatuszki,
Dzwoneczki i róże.
Są tam ciasne dróżki
I piwonie duże.
Ta ojczyzna jest krótka,
Lecz bardzo ją lubię.
W niej przestrzeń malutka,
Bo w większej się gubię.
W tym miejscu magicznym
Przyjaciół wielu mam.
Wróbli, skowronków licznych,
Ich wszystkich dobrze znam.
Ada Noga, SP nr 3 w Nowej Rudzie, opiekun Iza Muller
Szkoły Podstawowe
Proza
I miejsce
Moja mała ojczyzna jest wszędzie tam, gdzie moje serce
Kiedy słońce skryło się za górami,
A niebo rozświetliły gwiazdy,
Wrocław, tak mi obcy, a jednak znany
Uśmiechnął się, jakby słońce
Złotymi kolorami.
Oprowadził mnie po katedrach i zabrał na Panoramę,
Opowiadał piękne historie właśnie z nim związane.
W końcu zadumał się, pytając mnie o zdanie,
A ja z kolorową burzą w głowie, rzekłam:
„Popatrz, już dnieje, już ranek!”
Wtedy wzeszło słońce, mocno zapłakane i skryło się za chmury,
Co przyszły nie wiadomo skąd obrzmiałe.
Zapytałam Wrocław: „Co się teraz stanie?”
Ale on był już daleko.
Odpłynął z ciężkich chmur łez rzeką.
Skoczyłam za nim w mokry puch chmury
I zanim porwał mnie pęd wichury,
Wszystko stało się jasne, bo zadzwonił budzik.
Czułam, jak bardzo jestem daleko, jak nieporadny dzieciak,
I jak ciągle tęsknię za tym miastem...
„To tylko sen?! Niemożliwe, taki realny i taki wspaniały.”
Mój Wrocław! – powiedziałam na głos.
Nie, nie twój – odezwał się ktoś za moimi plecami.
Na pięcie odwróciłam się w stronę głosu, ale nic tam nie było. Czułam przez skórę, że ktoś jednak patrzy na mnie.
Ktoś ty, pokaż się zaraz!!! – krzyknęłam, ale odpowiedziała mi cisza.
Wyszłam z domu, bo było mi smutno, że mieszkam tutaj w Pieszycach, a nie w wymarzonym Wrocławiu. Poszłam pożalić się moim górom i lasom, patrzącym na mnie codziennie zza okien domu. Robię tak często, gdy mam problemy i jest mi nijako. Mówię im o swoich kłopotach, ale góry tylko bezradnie kiwają lasami, jak rozwianymi włosami i tylko słychać: „Nie martw się, jutro będzie lepiej!”. Odprowadzana przez szepczący mi do ucha wiatr, biegłam znów do domu. Wtedy zwinna wiewiórka, niczym generał, stojąc na baczność na mojej drodze, zaczęła rzucać we mnie żołędziami, mówiąc:
Stój, czekaj, może ja ci pomogę!
Pobiegłam dalej, ale zza buka wyskoczyła zwinna sarna i krzyknęła:
Siadaj na mój grzbiet, wiem kto ci może pomóc! Sama zobaczysz, że tak będzie, tylko mnie posłuchaj!
Przez dąbrowy i polany leśne pognałam na grzbiecie sarny w stronę Wielkiej Sowy. Tu znów jakby z głębi ziemi usłyszałam ten sam głos co rano:
Witaj Marto!
Zagrzmiało, aż ziemia pod stopami jęknęła zbudzona.
Kto tutaj jest, kim jesteś? – zapytałam, czując jak po plecach przebiegają dreszcze.
Jestem duchem tych gór i tego miasta u ich podnóża, starym duchem Pieszyc.
Ale ja cię nie widzę, pokaż się!
Zobaczysz mnie w swoim czasie – powiedział głos, a ja jakoś w to uwierzyłam i poczułam się raźniej.
Usiądź tutaj i powiedz, co cię trapi – po przyjacielsku zaproponował Duch.
Nie chcę tu być, mieszkać! Nudzi mi się tutaj, a mama mówi, że teraz tutaj jest mój dom, moje miejsce. Jakie to „moje miejsce”, do którego nic mnie nie pociąga? – powiedziałam zbuntowanym głosem.
Oho ho! Mamy tu małego buntownika. Nie wiem, czy ja, stary, mogę jakoś pomóc, ale na pewno zrobi to moja przyjaciółka, więc chodźmy!
Przeszłam za głosem przez polanę, a czułam, jakby ktoś mnie cały czas prowadził, odgarniał krzaki i gałęzie przed moimi stopami. Mijałam po drodze dorodne prawdziwki, których kilka zabrałam ze sobą. Towarzyszyły mi leśne sarny, zające, górskie kozy i muflony, zupełnie nie obawiając się mojej obecności w lesie.
Czyżby mnie polubiły? – pomyślałam.
Może i tak, bo nigdy nie robię im krzywdy, nie niszczę lasu, gdy spaceruję po górach, i nie płoszę zwierząt. Doszliśmy do szczytu Wielkiej Sowy. Z góry spoglądała na mnie piękna wieża widokowa – symbol Gór Sowich. Stanęliśmy przed Kosodrzewiną, której gałęzie, siwe i powyginane jak ręce spracowanego człowieka, okryte były zielonymi, długimi igłami. Błyszczące szyszki patrzyły na mnie jak wielkie, mądre oczy.
Witaj siostro, mam tu kogoś, kto szuka pomocy – usłyszałam za sobą łagodny głos mojego niewidzialnego przewodnika.
Co cię tu sprowadza Marto? – zaszumiała stara Kosodrzewina.
Nawet nie pytałam, skąd zna moje imię, bo w takiej sytuacji byłoby to zbyt banalne.
Znam cię od jedenastu lat, bo na tej ziemi się urodziłaś, to twoja ojczyzna.
Ojczyzna, ojczyzna! Jaka to ojczyzna? Wy wszyscy tak samo, a ja chcę mieszkać w dużym mieście, we Wrocławiu. Tam jest wesoło, kolorowo. Są kina, teatry, szkoły, baseny, a tu co? Nudy, nudy, nudy...
Nie mów tak Marto! Nie masz racji – usłyszałam zgodny chór głosów.
To były zwierzęta, Duch i Kosodrzewina. Nagle zza gałęzi Kosodrzewiny wygramoliła się znajoma wiewiórka.
O proszę, Marta – uparta, która nie chciała mojej pomocy. Myślisz, że takie małe stworzonko nie może ci pomóc. Ja cię znam od dawna, znam w tym mieście wszystkich i wszystko wiem. Chodź, to pokażę ci ten twój Wrocław.
Zwinnie wskoczyła na wieżę, a ja wdrapałam się po schodach na sam jej szczyt.
Popatrz na to miasto poniżej, znasz je od niedawna. Widzisz jakie jest senne, łagodne i małe. To powód, dla którego warto tu zostać. Przekonasz się zaraz sama.
Chyba żartujesz, ja się tu nudzę! Co w nim jest takiego dla czego powinnam tu być?
Poczekaj! Popatrz tam daleko – powiedziała wiewiórka, wyciągając przed siebie śmieszną rudą łapkę.
Nagle miałam wrażenie, że horyzont zbliża się do mnie i przez szarości zapadającego mroku z bardzo daleka dostrzegłam światła wielkiego miasta. Światełka różnych kolorów zaczęły migać przed moimi oczami z prędkością błyskawicy. Z oddali usłyszałam gwar, hałas, zgrzyt, który doprowadzał moje uszy do szału. To było dziwne, niemożliwe, a jednak działo się. Zobaczyłam tłumy ludzi, tysiące samochodów stojących w korkach, krzyczących kierowców. Ciężkie maszyny ryły asfalt, słychać było huk młotów pneumatycznych rwących torowiska tramwajów.
Rany! Przestań, mam tego dosyć! – krzyknęłam, jakbym chciała przekrzyczeć przytłaczający hałas. Wtedy gwar ustał, a ja poczułam ulgę. W obolałych uszach cisza zagrała jak najpiękniejsza melodia.
No proszę! To twoje upragnione miasto. Jesteś tego pewna? – z dziwnym uśmiechem zapytała wiewiórka – generał.
Trudno opisać, co czułam w tym momencie. Sytuacja wcale nie była naturalna, ba... moje odczucia przypominały gar z wrzącą zupą. Nie wiedziałam, na jakie słowa się zdobyć. Jakby mino mojej świadomości wykrztusiłam:
Dziękuję ci wiewiórko! Dziękuję ci Kosodrzewino i tobie Duchu! Jednak Wrocław to nie ta bajka, w której będę aktorem.
Pomału nabrałam w płuca pachnącego lasem i ziołami powietrza i zaczęłam schodzić ze zbocza, słysząc jak zegar na pieszyckim kościele wybija północ. Przy szumie lasu i tajemniczych szeptach licznych potoków, dotarłam do domu. Roznosiła mnie dziwna energia. W głowie myśli o Wrocławiu, z którego się wyprowadziłam, wciąż jeszcze walczyły z tymi o Pieszycach i nie mogłam nic na to poradzić. Gdy stanęłam w oknie swojego pokoju, znów usłyszałam ten tajemniczy głos jakby znikąd, ale cichszy i spokojniejszy niż dotąd:
I co, Marto? Na pewno nic cię tu nie trzyma?
Wtedy zrozumiałam, że Duch to głos z mojego serca. Przecież ja się tu urodziłam, nasiąkłam jak gąbka miłością do tego miejsca i kilkuletnie zamieszkiwanie we Wrocławiu tego nie zmieniło. Wyobrażałam sobie siebie jako wielkomiejską, obytą ze światem studentkę. Ale przecież wciąż jestem mała dziewczynką, nawet jeśli umysł wyrywa się do gwaru Wrocławia, to tak naprawdę serce zostaje tu.
Skończyłam czytać swoje wypracowanie, pani pochwaliła mnie za baśniowe elementy i bujną wyobraźnię. Siadając do ławki, widziałam ironiczno – pobłażliwe spojrzenia kolegów i koleżanek – przyszłych studentów z prowincji.
Marta Gorlicka, SP nr 1 w Pieszycach, opiekun Helena Początek
II miejsce
Zerwana nić
■ Dla wielu bezrobotnych mieszkańców Nowej Rudy lumpeksy to jedyna możliwość zakupu w miarę dobrej i taniej odzieży. Jest ich w mieście kilkanaście.
Nić jest symbolem wyjścia z trudności, tak jak w przypadku pięknego mitu o Tezeuszu, który dzięki niej wyszedł z labiryntu. Poprzez przywiązanie nitki u wejścia do gmachu i rozwijanie kłębka – w dojściu do celu nie zgubił się. Zaś w drodze powrotnej zwijał nić i gdyby nie to, władca by zginął.
W mitologii greckiej stała się ona symbolem istnienia, życia, ale także miłości, przeznaczenia, losu...
Pamiętać czy zapomnieć?
W przypadku mojego miasta do nici można porównać wszystkie ścieżki życia ludzi w dziejach Nowej Rudy. Przed wiekami w domach na ulicy Zaułek żyli Tkacze, ich zawodowa, rzemieślnicza tradycja ciągnęła się długo i tworzyła historię tego miejsca, ale z biegiem czasu ta nitka pokoleniowa została zerwana i zostały po sługach krosien tylko zabytkowe domy. Choć pewnie ich potomkowie żyją wśród nas...
Kolejne pokolenie
Wiele osób po II wojnie światowej swoje życie związało z pracą w ZPJ Nowar oraz w fabryce SPLOT przy ul. Kościelnej, zajmującymi się produkcja tkanin. Z pewnością kontynuowanie tej – poniemieckiej w końcu – działalności dało mieszkańcom prace i przyczyniało się do rozwoju miasta. Jedni kończyli swą nić życia właśnie tutaj, a inni dopiero zaczynali. Jednak z powodu dużych szkód w środowisku, które powodowały te zakłady, oraz sytuacji gospodarczej w Polsce zostały zamknięte. Po upadku przemysłu jedwabniczego ludzie swą nić poprowadzili w różnych kierunkach. Jedni pozostali w tym mieście – odeszli na emeryturę lub byli/są bezrobotni, inni znaleźli pracę w Czechach w podobnej fabryce. Jeszcze inni natomiast wyjechali z miasta i poza nim – w Irlandii, Szwecji, Danii, w Niemczech – z pewnością ciężko przędą nić swego życia. Zostały jedynie – wpisujące się swoją działalnością w ten historyczny pejzaż nici – zakłady szyjące ubrania robocze: na ul. Przechodniej i... słupiecki „Promyk”. Czy to jakiś nomen-omen?
Ciężkie czasy: dziś
W Nowej rudzie jak grzyby po deszczu pojawiły się sklepy z używaną odzieżą – w lumpeksach, których jest bardzo wiele, kupują niemal wszyscy. Szmatlandie stały się cechą charakterystyczną miasteczka. Z drugiej ręki – jak to brzmi? Czy da się żyć z drugiej ręki? Czy godne, dobre życie, to to z drugiej ręki?
Kamil Fecko, SP nr 2 w Nowej Rudzie, opiekun Iwona Szuber
III miejsce
Moja mała Ojczyzna
Mieszkam w pięknym i tajemniczym regionie na Dolnym Śląsku. Moją małą Ojczyzną jest mała i zdawałoby się nieciekawa wieś Goczałków. Lecz pewnego dnia przekonałam się, że moja miejscowość ma ciekawą historię.
Mój dom znajduje się niedaleko pięknego i starego parku. Uwielbiam po nim chodzić i podziwiać piękne i rzadkie okazy drzew. Nieopodal płynie rzeka. Jest to wspaniałe miejsce do rozmyślań i marzeń, szczególnie latem, kiedy jest tam cudowny nastrój. Rzeka delikatnie faluje i skrzy się tysiącami barw zachodzącego słońca. Pewnego razu opowiedziałam o tym mojemu dziadkowi. Po chwili przypomniał on sobie historię Goczałkowa z czasów II wojny światowej, którą opowiedział mu jego dziadek. Dowiedziałam się, że w pobliżu rzeki stał pałacyk rodziny von Richthofen. Istniał on do 1945 roku. uległ wówczas ruinie i całkowitej dewastacji. Byłam zrozpaczona, że taki smutny los spotkał tę wspaniałą budowlę. Przed położeniem się spać, dużo rozmyślałam o rodzinie von Richthofen. W nocy przyśnił mi się sen. Śniło mi się, że byłam koło rzeki i patrzyłam na dom. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie go wcześniej widziałam. Nagle ukazał mi się dziwny starzec. Powiedział:
- Co ty tutaj robisz?! Tu nie wolno wchodzić! Ja ci to mówię!!! – zagrzmiał.
- Kim pan jest? – nie wiedząc czemu zachowałam całkowity spokój.
- Jestem właścicielem tego domu! – odpowiedział starzec. Nagle zamarłam. Przypomniała mi się historia rodziny von Richthofen. A starzec zaczął się głośno śmiać.
- Co! Boisz się?! Ha, ha, ha!!!
I nagle... Mój sen się skończył. Z ulgą obudziłam się. Zaraz pobiegłam w to miejsce. Niestety, wszystko było tak jak poprzednio. Wróciłam do domu. Cały dzień myślałam o moim śnie. Tej nocy znowu przyśniła mi się rzeka. Ponownie ukazał mi się starzec:
- Znowu tu jesteś? – zapytał.
- Tak... – próbowałam opanować strach.
- Pewnie ciekawi cię nasza historia? – zaśmiał się.
- Znam ją całą – powiedziałam.
- Czyżby???
- Tak. To jest wasz pałacyk. Pan jest członkiem rodziny von Richthofen, prawda?
Starzec przyjrzał mi się uważniej.
- Tak... Skoro znasz naszą historię... to może... pomogłabyś nam?
- Chętnie! – zawołałam.
- Kiedyś, bardzo dawno temu, ja i moja małżonka zbudowaliśmy ten pałacyk. Na ścianach piwnicy pojawiły się dziwne czerwone znaki, których nie potrafiliśmy odczytać. Zapomnieliśmy już o tym zdarzeniu. Kilka lat później porządkowałem drzewa w ogrodzie. Pod jednym z nich znalazłem małą szkatułkę. Byliśmy ciekawi, co się w niej znajduje, więc otworzyliśmy ją. W środku nie było nic, lecz na dnie widniał napis: „Jesteście otoczeni klątwą. Już nigdy nie zaznacie spokoju”. Klątwa się sprawdza. Naszego pałacyku już dawno nie ma, a my nie możemy zaznać spokoju.
- Jak mogę wam pomóc? – zapytałam.
- Ten tylko może nam pomóc, który odnajdzie szkatułkę i rozbije ją – powiedział smutno starzec.
- Gdzie ona jest? – zapytałam.
- Niestety, znikła jak kamień w wodę.
- Odnajdę ją!!! – krzyknęłam – Na pewno ją odnajdę!
- Oby ci się to udało dziecko – powiedział starzec z nadzieją w głosie... i rozpłynął się w powietrzu.
Zaraz po przebudzeniu postanowiłam pójść do parku i odnaleźć szkatułkę. Niestety, nigdzie jej nie było. Po całym dniu szukania wróciłam do domu. Nagle na ścianie pokoju pojawiły się czerwone znaki, które układały się w napis: „Pod drzewem nie znajdziesz, lecz ujrzysz pod kamieniem”. Na drugi dzień wybrałam się do parku. Znajduje się w nim piękny, wielki, płaski głaz. Chciałam mu się przyjrzeć z bliska. Nagle wypadła mi komórka, którą trzymałam w ręce. Schyliłam się po nią i... ujrzałam na kamieniu coś na kształt ręki. Przyłożyłam swą dłoń do niej i stało się coś niezwykłego. Znalazłam się w dziwnym świecie. Wokół chodzili żołnierze i słychać było strzały.
- No tak! Znalazłam się w czasach II wojny światowej, kiedy to naszą wieś zajęły oddziały Armii Czerwonej!
Nagle usłyszałam krzyk:
- Co to jest? Jakaś szkatułka!
- Wyrzuć ją! Po co nam ona?!
- Może to... – pomyślałam – Ach Tak! To chyba szkatułka, którą znaleźli von Richthofen’owie!
Szybko pobiegłam, by nie zostać zauważoną przez tych ludzi. Szkatułka była bardzo ciężka. Próbowałam ją rozbić, ale nie mogłam. Otworzyłam ją. Na dnie widniał napis: „Zostałaś wybrana. Tylko ty możesz zdjąć klątwę. Musisz wyłowić z rzeki kamień z napisem KLĄTWA i uderzyć nim w szkatułę tak, by się rozbiła”. I nagle... Napis zniknął. Po chwili udało mi się wyłowić kamień z wody. Uderzyłam nim z całej siły... i znalazłam się znów w domu.
Postanowiłam pójść w miejsce, gdzie działy się wczorajsze wydarzenia. Nagle ukazał się pałac rodziny von Richthofen i starzec, który z ulga powiedział:
- Dziękuję ci. Teraz już możemy być spokojni – i... rozpłynął się w powietrzu.
Kiedy wróciłam do domu, poprosiłam mojego dziadka, by opowiedział mi więcej z historii Goczałkowa. Wtedy on polecił mi książkę o historii Goczałkowa, z której dowiedziałam się więcej ciekawych faktów dotyczących mojej wsi.
Kiedyś myślałam, że moja miejscowość jest szara i nieciekawa. Lecz kiedy przyjrzałam się bliżej jej historii, pokochałam to miejsce w moim kraju rodzinnym, mojej Ojczyźnie, bo to miejsce to taka „moja mała Ojczyzna”.
Urszula Jaworek, SP w Goczałkowie, opiekun Elżbieta Wojtas
Wyróżnienie
„Tajemniczy dom przy Głównej 129”
W Jugowie przy ulicy Głównej 129 jest stary, poniemiecki dom. Mieszka w nim mój stryjek. Osiadł tu około 1970 roku, aby być bliżej swojego brata – mojego pradziadka. Budynek nie wyróżniał się niczym od innych. Ale kiedyś stało się coś niezwykłego.
Pewnego dnia, jakiś tydzień po przeprowadzce do feralnego domu, ktoś lub coś chodziło po strychu. Z początku domownicy myśleli, że to kuny lub inne zwierzęta, lecz już wtedy były wątpliwości. Postanowiono przeszukać całe domostwo. Na próżno. Nigdzie nie znaleziono żadnych śladów, które wskazywałyby na czyjąś obecność. Po prostu – nic. To trochę zaniepokoiło stryjostwo.
Kilka dni później miało miejsce tajemnicze wydarzenie. Komoda, która stała obok okna w pokoju, nazajutrz królowała już naprzeciwko wejścia w kuchni. Po tym incydencie mieszkańców ogarnął potworny strach. Szukano nawet lokalu zastępczego, ale po kilku dniach spokoju zaprzestano. Jednak to była tylko cisza przed burzą...
W upalną, sierpniową noc roku 1971, kiedy już większość domowników poszła spać, ktoś zapukał do drzwi. Moja trochę zaspana stryjenka podeszła w ich stronę i otworzyła je. Jakież wielkie było jej zdziwienie, gdy nikogo za nimi nie było. Wystraszona prędko oddaliła się w stronę sypialni. Po chwili ponownie rozległ się stukot. Kobieta odważyła się znów zbliżyć tam, skąd dochodził odgłos, ale po dokładny rozglądnięciu się dokoła stwierdziła, że nikogo tam nie ma. Szybko poszła po męża. Razem czekali w salonie na kolejny hałas. I właśnie wtedy rozpętała się burza. Deszcz uderzał o szyby i syczał, jakby łzy jakiegoś olbrzyma spadały na rozpaloną blachę.
Oczekiwanie na odgłosy trwało jakiś kwadrans. Po kilku minutach podłoga na strychu zaskrzypiała. Serca ludzi siedzących na kanapie przepełniły się trwogą. Przestraszeni pobiegli do sypialni. Wtedy rozległ się szereg strzałów, jakby z pistoletu. Mimo wielkiej grozy wkrótce zapadli w sen.
Na następny dzień stryj ponownie wkroczył na strych i rozejrzał się. Pomyślał, że po oddawanych strzałach musiały pozostać łuski nabojów. Jednak niczego tam nie znalazł. Ale w pokoju sofa nie stała tam gdzie w nocy. Znaleziono na niej rewolwer.
Pewnego popołudnia do głowy szwagierki mojego pradziadka wpadł pomysł ponownego przeszukania całego domu. Jej mąż zgodził się, lecz bez entuzjazmu.
Zaczęli od piwnicy. Sprawdzali dokładnie, centymetr po centymetrze. Bez skutku. Udali się na strych. Po kilku minutach odnaleźli stare pudło, które musiało być w tym domu już przedtem. Otworzyli je i znaleźli owinięty w płótno sztylet z niemieckimi napisami. Podobno zabito nim żołnierza. Był pokryty rdzą, która sprawiała wrażenie zaschniętej krwi. Jakiś wewnętrzny głos mówił stryjowi, aby pozbyć się znaleziska.
Owinął je w skrawek materiału i pojechał w góry. Zakopał nóż pod pewnym świerkiem i powrócił do domu.
Od tamtej pory stryjostwo nie ma już problemów z duchami. Rodzina wiedzie spokojne życie i prawie zapomniała o kłopotach sprzed lat.
Mimo, że Jugów to niewielka miejscowość, jednak niezwykle tajemnicza. Niektóre zagadki na pewno odkryjemy, lecz wiele pozostanie w ukryciu. Gdyby tak przeszukać dokładnie wszystkie szare domki ze strzelistymi dachami, odkrylibyśmy sekrety, o których nawet nie śnimy. Za to kocham moją wieś, bo wiem, że zawsze mogę liczyć na kolejną, fascynująca historię.
Klaudia Chmielewska, SP w Jugowie, opiekun Maria Leszko
Wyróżnienie
Domek w czereśni
Moją ulubioną kryjówką jest „Domek w czereśni”. Możliwe, że to drzewo zasadzili jeszcze Niemcy, którzy kiedyś tu mieszkali. Chatkę buduję sam od miesiąca. Użyłem starych desek, z których zrobiłem podłogę i ściany. Gałęzie i wiklina posłużyły mi do maskowania i wyplatania strzechy. Dach jest szczelny dzięki trzcinie, a w czasie deszczu do środka nie dostaje się woda.
Często wchodzę na wyższe gałęzie i obserwuję mojego psa Kaya. Kay wzbudza ogólny zachwyt – jest podobny do wilka i jest cały biały. Ma uszyska jak nietoperz – obraca nimi jak radarami. Po ich ustawieniu rozpoznaję jego nastrój. Lubię się z nim bawić, zwłaszcza na śniegu – ja rzucam śnieżki do góry, a on wyskakuje i łapie je w powietrzu w swoje zęby. Dostałem go od mojego przyjaciela „Lali” z Niemiec. Kay ma dwa lata, a ja jedenaście, czyli można powiedzieć, że jesteśmy rówieśnikami. Kay urodził się jak ja w Niemczech – mamy wiele wspólnego.
Wracając do mojej kryjówki, jest to budowla, którą chcę ciągle udoskonalać. Na budowę przychodzę co jakiś czas, gdy nie mam innych zajęć. Najczęściej buduję ją w soboty, niedziele i inne wolne dni. Jestem w połowie do „nieukończenia” mojej kryjówki, ale to nie szkodzi. W środku mam rozwieszony hamak. Lubię się w nim położyć, poczytać książkę i zapomnieć o świecie...
Moja kryjówka jest wspaniałym punktem obserwacyjnym. Znajduje się przy drodze wiodącej do mojego domu. Każdy, kto do mnie przyjeżdża musi minąć moja czereśnię, widzę więc wszystko i wszystkich: mój dom – „Paradę” i gości przybywających z wielu krajów. Parada to czeskie słowo wyrażające zachwyt, oznaczające coś wspaniałego i mój dom taki właśnie jest: cały pomalowany i ozdobiony przez moją mamę Beatę.
Często opuszczam mój „Domek w czereśni”, by przyłączyć się do zabawy z uczestnikami spotkań. Staram się rozmawiać z nimi w ich języku. Chyba jestem „trójkulturowy” – urodziłem się w Hamburgu, mam czeskie imię – Olda i mieszkam w Domu Trzech Kultur, w Polsce. Moja mała wioska Niedamirów leży na granicy z Czechami i ma aż dwa przejścia graniczne. Za moim domem na Grzbiecie Lasockim znajduje się jedno z nich, widać stamtąd całe Karkonosze i Śnieżkę od czeskiej strony.
Codziennie rano schodzę z moim tatą Grzesiem i Kayem dwa kilometry do przystanku autobusowego, skąd jadę „Lubikiem” do szkoły. Zdarza się, że gdy wracam, dom jest już pełen ludzi. Najpierw dowiaduję się skąd pochodzą, a potem ich pozdrawiam. Wiele osób decyduje się wziąć udział w następnych warsztatach, dzięki temu ciągle spotykam się z moimi przyjaciółmi, np.: z Frankiem z Niemiec, z Franczesko z Mozambiku, z Aleszem z Czech i z Pawciem z Kamiennej Góry.
Pewnego dnia uczestniczyłem w zajęciach fotograficznych. Każdy z uczestników wziął aparat i wyruszył na poszukiwanie tematu do swoich zdjęć. Wtedy powstały moje pierwsze fotografie naszych gór, które potem sam wywołałem w ciemnie fotograficznej.
Raz do roku odbywa się u nas festiwal, na który przyjeżdżają wszyscy moi znajomi, przyjaciele, muzycy i goście. Czasami pokazywane są filmy, w stodole są koncerty aż do rana, słychać śmiech i rozmowy w różnych językach.
Nieraz leżąc w hamaku, w moim „Domku w czereśni” zastanawiam się, po co ci wszyscy ludzie do mnie przyjeżdżają. Rodzice odpowiadają mi tak: „Chcemy, aby ludzie z różnych kultur spotykali się, wspólnie pracowali i dobrze się przy tym bawili.”
Mam najlepszą kryjówkę na tej półkuli. Jest tu cały mój świat.
Oldřich Justa z SP w Miszkowicach, opiekun Anita Dytko
Kategoria gimnazjalna
I miejsce
Ojczyzna
Gdzie Wielka Sowa wzrok ku niebu wznosi.
Gdzie wicher bezradnie ponad smogiem dmie,
Gdzie słońce często o wizytę prosi,
Gdzie Bogusza głębokim cieniem spadnie.
To mój dom rodzinny, moja Ojczyzna.
Zewsząd domy patrzą zadrapanym tynkiem,
Bawią jedynie krzykliwe reklamy,
Wśród zieleni trawsko jest nad wszystkim,
BP, jak oaza – tanie tankowanie.
Taki jest mój dom rodzinny – Drogosław.
Gdzie tkackie opowieści ciągle brzęczą,
Gdzie widać jeszcze stary szyb górniczy,
Gdzie z miłością w kościele klęczą,
A na cmentarzu morze ciepłych zniczy.
To moja urocza, mała Ojczyzna.
Gdzie zima srebrne katedry buduje,
Gdzie wiosną każdy kamień pachnie fiołkiem,
Tam, gdzie świerszcz mieszkańców śpiewem ujmuje,
A konwalia zdaje się być aniołkiem.
Tam moja Ojczyzna pełna piękności.
Widać stadion niegdyś życiem tętniący,
Miejsce spacerów, ciszy szukających,
Do minionych czasów ciągle tęskniący,
Raj niby za ręce się trzymających.
Tak już blisko do mnie stąd, wyciągnij dłoń.
Tu głuchym echem brzmią niektóre słowa,
Tu wielu wie, co to ból i cierpienie,
Kopalnia, hałda, Nowar, Jordan, Diora,
I „Bar Major” – tu wciąż żywe wspomnienia.
Utracony raj? – nie, mała Ojczyzna.
Pani Halinka kalectwem dotknięta,
Bogdan do drzwi pukający po prośbie,
Przepych i bieda – tym radość, tym pętla?
Zima – sprawmy, by nie było im mroźnie.
Ciężko się żyje w mojej Ojczyźnie.
W szkole pełen pomysłów Dyrektor,
Pan Henryk – woźny niezastąpiony,
Dobrzy nauczyciele, nie partnerzy,
To skarb prawdziwy, który posiadamy.
Szczególne miejsce – szkoła ukochana.
Proboszcz Marek, gospodarz zatroskany,
Św. Barbarę przyodział nową szatą,
On wie, że praca, jak balsam na rany,
Młodym jej potrzeba! Wyjadą za to!
Miejsce, które łączy – nasza parafia.
W niej na nowo krystaliczna woda,
Ożywczym prądem zmierza do Bałtyku,
Nie zawsze nastawiona pokojowo,
Świadek zdarzeń – historia w dotyku.
Rzeka Włodzica – początek wszystkiego.
Więc taka jest moja mała Ojczyzna,
Tutaj wzrastam i w niej dojrzewam,
Urocza, z historią – każdy przyzna,
Taką ją kocham i taką podziwiam.
Stąd moje korzenie, tutaj początek.
Katarzyna Banach, gimnazjum w Nowej Rudzie – Drogosławiu, opiekun Krystyna Błotnicka
II miejsce
Mój dom
Nic mi więcej nie trzeba...
Wystarczy zapach lasu,
strumienia śpiew
i widok gór
pilnujących czasu.
Wędruję spiralą dróg,
oddycham kryształowym powietrzem.
Myślę...
Tu jest mój dom!
Poranek lśni swym majestatem,
słońce wita się ze światem.
Południe dziwi się, że spokój, cisza...
Tylko ptaki grają swą melodię.
Wieczór przypomina monotonne drżenie,
przychodzi powoli.
Noc jak cisza brzęczy,
wydaje tylko przyrody dźwięki.
Zasypiam...
Tu jest mój dom!
Klaudiusz Kowalczyk, gimnazjum w Ludwikowicach, opiekun Marta Kozik
III miejsce
Piosenka o Jegłowej
Dziś się chwali obce strony,
Inne kraje, Arizony.
A my swoje strony mamy,
O Jegłowej zaśpiewamy.
Co nam jakaś Arizona,
Gdzie jankesi są jak leszcze.
Nic nas tutaj nie pokona,
Inne mamy tu powietrze.
Co nam jakiś Teksas cały,
Trochę skał i więcej słońca...
My też mamy swoje skały
I kłopotów też bez końca.
Raz jest lepiej, raz jest gorzej,
W życiu przecież różnie bywa.
Mamy swoją Arizonę,
Co Jegłową się nazywa.
Tutaj myśli tęga głowa.
Tu się kocha i tu marzy.
Nie ma, nie ma jak Jegłowa...
Tu się wszystko może zdarzyć.
Tutaj pola, lasy, łąki,
Saren, dzików też niemało.
A na wiosnę same pąki,
I na zimę całkiem biało.
Tu gościna w każdym domu.
Goście się tu dobrze czują.
Nie odmówi się nikomu,
Tutaj obcych się przyjmuje.
Dziś się chwali obce strony.
Teraz taka nowa moda.
Kiedy padasz utrudzony,
Tu ci każdy rękę poda.
Jeśli będziesz w naszych stronach,
To przyjmiemy Cię serdecznie.
Garść historii opowiemy,
Pochwalimy się koniecznie!
Wojciech Leszczyński, gimnazjum w Przewornie, opiekunowie: Edyta Szpak i Grażyna Tosik
Wyróżnienie
Moja Mała Ojczyzna
Jak trudno wyjechać z rodzinnych stron,
Gdzie wszystko dokoła tak bliskie:
Kwiatek na łące, dziurawy płot,
Wysokie drzewa, krzewy niskie.
Jak trudno opuszczać kochany dom,
Gdzie wszystko wokół tak drogie:
Soczyste grusze, miauczący kot
I w piecach czerwony ogień.
Trudno pokochać inny ląd,
Gdzie brak znajomych twarzy.
Jestem jak wędrowny ptak,
Który ciągle marzy
O swojej MAŁEJ OJCZYŹNIE!
Izabela Kowalska, gimnazjum w Lądku Zdr., opiekun Dorota Olejnik
Wyróżnienie
Gdzie mieszkam?
Jestem mieszkanką małej miejscowości
Do której przyjeżdża wielu gości.
Przybywają z całego świata, by odmłodzić się na lata.
Korzystają z darów natury, poprawiając swe figury.
Leczą się jak mogą, ciągle goniąc za urodą.
Biegają, spacerują – tak by zdrowie było górą.
Z tych słów wynika chyba wszystko
Moja miejscowość to uzdrowisko.
Środkiem miasta płynie rzeka, kto nie widział - niech nie zwleka!
Duże pstrągi i rośliny – to symbole mej krainy.
Szum wodospadów, bystra woda – taka tej rzeki jest uroda.
Dla nieuważnych może być zdradziecka,
A nazywa się – Biała Lądecka.
Otaczają mnie pasma gór, tworząc piękny, kolorowy sznur
Stare drzewa, polany leśne – wszystko to przy moim mieście.
Dzikie zwierzęta i przyroda – wielka to tych gór ozdoba.
Kto nieraz przemoczył tu skarpety
Ten nie zapomni – że to Sudety!
Choć mam trzynaście lat, ma miejscowość to wielki świat
Budynki nie są nowe, lecz jest szansa na ich odnowę.
Będzie pięknie, będzie fajnie jak ład wszystko już ogarnie.
W całej okolicy jest przepięknie, zawsze ktoś pomocną poda rękę.
A ja czuję się dziewczyną z gór
Ma miejscowość to – Lądek Zdrój.
Monika Bednarska, gimnazjum w Lądku Zdr., opiekun Anna Rajczakowska
Szkoły ponadgimnazjalne
wyróżnienie
A TO POLSKA WŁAŚNIE, czyli ŚWIDNICA PO ZMROKU
Sobotnie popołudnie. Dzwoni telefon. W słuchawce znajomy głos. „Dobra, dzisiaj o 20.00 na Grunwaldzkim” – zakończyłam. cała paczką, punktualnie o umówionej godzinie, szliśmy w stronę rynku.
- Może wpadniemy tutaj? – zapytała Monika – wskazując na znajome „piwniczne wnętrza”. Weszliśmy. Nudy...
następnie skierowaliśmy się w stronę pl. Małgorzaty. Godzina 22.00. ulice pustoszały. Od czasu do czasu gdzieś w oddali przejeżdżał patrol policyjny. Po drodze minęliśmy grupkę młodzieży. Stała na uboczu. Czarna skóra, w ręce papieros i obowiązkowo puszka „mocnego”. Dla dopełnienia – niewybredne słownictwo i epitety rzucane w stronę przechodniów.
Nagle ciszę na ulicy przerwał rozpaczliwy krzyk dziecka. Przystanęliśmy. Z bramy wybiegła zapłakana dziewczynka. Szybko przebiegła przez ulicę i ukryła się w drzwiach naprzeciwko. Za nią biegł chwiejnym krokiem rozwścieczony mężczyzna: - „K...wa, oddaj to tatusiowi! Słyszysz co mówię, ty mała zdziro?” Chwilę potem słychać było trzask rozbitego szkła i głośny, a zarazem rozpaczliwy głos „... cholera, muszę się napić!”
- Biedne, mądre dziecko – powiedział Krzysiek – chodźmy stąd.
Skierowaliśmy się w stronę pobliskiej dyskoteki. W parku nieopodal „tradycyjnej wieżyczki” mieliśmy możliwość obejrzenia kilku bardzo intrygujących scen.
- Pornol na maksa – stwierdził kolega. Niestety, milcząco przyznałam mu rację.
Każdy wie, jak na dyskotece czasami bywa. Nie zdziwiło nas, że sala około 0.30 opustoszała, bo większość osób zechciało z bliska obejrzeć, jak „ten, co podskoczył” obrywa. Po 15. minutach wszystko wróciło do normy. Tylko ten jeden leżał i czekał na... pomoc? Oj naiwny, naiwny...
Wyszliśmy. Szkoda, że dziś młodzieży tak niewiele potrzeba do szczęścia – wystarczy muzyka, alkohol, „zadyma” i jakiś kiepsko wybełkotany dowcip.
Na przystanku nie miałam co liczyć o tej porze na jakikolwiek autobus. Obok rozkładu jazdy, na ławeczce spał jakiś mężczyzna. Zatrzymałam się. Na piersiach miał karteczkę z napisem: „Ludzie, pomóżcie! Jestem biedny, nie mam co jeść”, a z boku tulił do piersi... pustą butelkę po „wyborowej”.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. Nagle, za plecami, usłyszałam warkot samochodu.
Zwalniał. W końcu zatrzymał się. Gwałtownie ścisnęłam w kieszeni gaz łzawiący i odwróciłam się w stronę wysiadającego mężczyzny.
- Może podwieźć? – zapytał nieznajomy?
- Nie, dziękuję... - odpowiedziałam
- Nazywam się Marek... – próbował kontynuować, ale ja już go nie słuchałam.
Strach przed drugim człowiekiem, lęk, przerażenie – te uczucia nie były mi obce. Z gwałtownym biciem serca dobiegłam do drzwi swojego domu. Co za ulga...
***
Nie chcę krytykować, ale, ludzie, zastanówcie się, co wy robicie?! Czy tak powinna wyglądać nasza codzienność? Czy człowiek powinien być drugiemu człowiekowi wrogiem? Czy w dzisiejszych czasach tylko tak potrafimy spędzać swój wolny czas? Każdy z nas zna odpowiedzi na powyższe pytania, wie, w jaki sposób i gdzie postawić granicę między dobrem a złem, ale nie robi tego. Dlaczego? Czyżby takie życie było dla nas wygodniejsze i bardziej atrakcyjne? No pewnie, po co pomagać potrzebującym. Po co iść do kina, teatru czy chociażby spędzić wieczór w domu ze „staruszkami”, skoro można ten czas „umilić” sobie bezcelowym spacerem ulicą z „przyjaciółmi”...
Justyna Schwałkowska, Zespół Szkół Ekonomicznych w Świdnicy, opiekun Janina Kosztur
Wyróżnienie
LINIA 309
CZYLI NAJPIEKNIEJSZA TRASA KOLEJOWA W POLSCE, Z KŁODZKA DO KUDOWY ZDROJU
WSTĘP
Linia kolejowa z Kłodzka do Kudowy od stu lat służy mieszkańcom, kuracjuszom i turystom przybywającym do Polanicy, Dusznik, Kudowy – sudeckich uzdrowisk słusznie cenionych nie tylko przez Polaków. Od 100 lat możemy cieszyć się czymś więcej, niż tylko środkiem transportu – możemy odbyć przejażdżkę najbardziej atrakcyjną widokowo trasą kolejową w Polsce! Jazda z góry i pod górę, w lesie i po rozległych polanach, u podnóży gór i na zboczach przepaści – tak wygląda linia 309.
Historia ostatnich lat tej linii jest dość urozmaicona. W lipcu 1998 roku nocna nawałnica nad zachodnią częścią Kotliny Kłodzkiej spowodowała wystąpienie z brzegów niepozornej na co dzień Bystrzyce Dusznickiej i przerwanie linii pomiędzy Polanicą Zdrój a Szczytną oraz wielkie zniszczenia w Polanicy, Szczytnej i Dusznikach. Ponadto na stacji w Kudowie Zdroju zostały uwięzione trzy wagony pasażerskie. Wszystko to było pretekstem do likwidacji linii, chociaż ruch pociągów na odcinku Kłodzko – Polanica Zdrój został zachowany.
Na szczęście było to tymczasowe rozwiązanie. Most na Bystrzycy Dusznickiej został odbudowany na początku 2000 r., a naciski lokalnych społeczności sprawiły, że pociągi pasażerskie do Kudowy Zdroju ponownie zaczęły kursować po półtorarocznej przerwie, w tym m. in. Dalekobieżne „Karkonosze” i „Sudety” do Warszawy Wschodniej. Wobec ogólnych tendencji PKP do likwidacji lokalnych połączeń, to rozwiązanie było czymś wyjątkowym. Linię – jedną z najpiękniejszych w naszym kraju – udało się uratować. Czy na długo?
HISTORIA LINII
Pierwszy odcinek do Szczytnej oddano do użytku 15.12. 1890 roku. kolejny fragment linii – do Dusznik, był gotowy 1 grudnia 1902 roku. Ostatni odcinek (do Kudowy) wymagał wybudowania dwóch tuneli i wielu wiaduktów. Chyba najładniejszy z nich jest nad szosą w Lewinie. Pierwszy pociąg w Kudowie pojawił się 10 lipca 1905 roku. rok później przedłużono linię do Słonego, a stało się to 15 maja 1906 roku. pod koniec wojny (20 kwietnia 1945) wybudowano połączenie stacji Słone z Nachodem, ale funkcjonowało ono przez bardzo krótki okres. Odcinek ten całkowicie zamknięto 10 października, ze względu na rozpadający się prowizoryczny most graniczny. Znalazłem też informację, że odcinek z Kudowy Zdrój do Nachodu został rozebrany już w 1945 roku. Pociągi na tej trasie odjeżdżają ze stacji Kłodzko Główne, choć kiedyś przewidywano rozbudowę stacji Kłodzko Miasto i rozpoczynanie stąd jazdy pociągów do Kudowy.
STACJE I PRZYSTANKI NA LINII 309
Kłodzko Główne
Stąd rozpoczynają jazdę pociągi do Kudowy. Jest to duża stacja węzłowa na linii Wrocław Główny – Międzylesie – Lichkov. Odgałęzia się stąd linia do Wałbrzycha Głównego. Stacja posiada pięć peronów, nadziemne przejścia nad torami, kasę biletową oraz poczekalnię. Bezpieczeństwa ruchu strzegą semafory świetlne. Stacja wyposażona jest w dwie nastawnie dyspozycyjne oraz elektryczno – przekaźnikowy system sterowania zwrotnicami. Kiedyś była tu lokomotywownia, teraz lokomotywy przyjeżdżają tu z Kamieńca Żąbkowickiego.
Kłodzko Miasto
Jest to przystanek osobowy w centrum miasta wyposażony w zadaszony peron i kasę biletową. Nie ma tu ani semaforów, ani zwrotnic. Prawym torem przejeżdżają pociągi w stronę Międzylesia, lewym natomiast te, które jadą w stronę Kłodzka Głównego.
Kłodzko Nowe
Tu właśnie zaczyna się linia 309. wbrew przypuszczeniom nie jest to przystanek ani stacja. To posterunek odgałęźny. Lewy tor biegnie dalej, do Krosnowic, później odbija w stronę Stronia Śląskiego (linia niestety już nieczynna), prawy natomiast wiedzie do Międzylesia. To od niego odgałęzia się szlak wiodący prosto do Kudowy. Z każdej strony posterunek ten osłaniany jest semaforem świetlnym. Zwrotnice wyposażone są w elektryczne silniki sterowane z niewielkiego ceglanego budynku tuż przy torach. Tam zawsze czuwa dyżurny ruchu, o czym świadczy żółta chorągiewka.
Kłodzko Książek
Ten mały przystanek nie posiadający żadnego budynku znajduje się tuż za mostem nad Bystrzycą Kłodzką. Kiedyś nosił nazwę „Kłodzko Przedmieście”. Tuż za nim znajduje się strzeżony przejazd kategorii B na drodze do Krosnowic Kłodzkich.
Kłodzko Zagórze
Kiedyś była to duża stacja. Świadczy o tym okazały budynek, który dziś już, niestety, nie służy podróżnym. Posiadała tor główny zasadniczy, tor mijankowy oraz dwie bocznice. Ruchem sterował system mechaniczny (zwrotnice oraz semafory napędzane były za pomocą pędni drutowych, siłą ludzkich mięśni). Dzisiaj czynny jest tylko jeden tor. Na stacji nie ma już praktycznie nic. Na bocznych torach wyrosły drzewa, a przejazd na drodze do Wielisławia przekwalifikowano z kategorii B na kategorię D (znak „stop” i nic więcej).
Wielisław
Jest to malutki przystanek w szczerym polu. Do dziś zachowała się niewielka budka – niegdyś poczekalnia, dziś – nieoficjalne miejsce spotkań okolicznej młodzieży.
Polanica Zdrój
To jedna z największych stacji na linii 309, na której na szczęście zachował się etat dyżurnego ruchu. Obecnie czynne są 3 tory oraz dwie bocznice. Dzisiaj to jedyna na tej trasie stacja z sygnalizacją kształtową. Posiada dwa perony, jeden – zadaszony, okazały budynek wraz z poczekalnią i kasa biletowa. Na zachodnim krańcu stacji znajduje się strzeżony przejazd kategorii A (rogatki) sterowany z pobliskiej nastawni. Od Polanicy dozwolona prędkość liniowa zmienia się z 30 na 45 km/h. Tu właśnie rozpoczyna się najbardziej urokliwy fragment tej trasy i tak jest już do samej Kudowy.
Szczytna
Najbardziej rozbudowana stacja na linii 309. niestety, dzisiaj nie ma już semaforów, dyżurnego ruchu, zadaszonego peronu. Budynek został zaadaptowany do innych celów. Jeszcze w 1998 roku, przed powodzią, stację obsługiwał dyżurny ruchu oraz kasjerka. Po powodzi, po ponownym uruchomieniu linii stację, mimo protestów samorządowców, przekwalifikowano na przystanek osobowy. Jest to coś zupełnie niezrozumiałego. Stacja wyposażona w najnowocześniejsze urządzenia została z nich dosłownie ogołocona! Prezes DOKP tłumaczy, że takie działanie jest „dostosowaniem do potrzeb eksploatacji” (sic!) Przejazd kolejowy kategorii A na ruchliwej drodze do Bobrownik został zdegradowany do kategorii D (!). mimo wszystko na stacji zatrzymują się nawet pociągi pośpieszne. Ładownia nadal działa, o czym świadczą wagony towarowe wypełnione drewnem, stojące na bocznicy. Zwrotnice także działają, gdyż na stacji często odbywają się manewry, są jednak sterowane ręcznie. Zabytkowa wieża wodna grozi zawaleniem, a budynek jest w opłakanym stanie.
Duszniki Zdrój
Ostatnia „mijanka” przed Kudową. Ładny, zadbany budynek stacyjny, dwa czynne tory, semafory świetlne i elektrycznie sterowane zwrotnice, to teraźniejszość stacji. Od 4.30 do 22.30 nad bezpieczeństwem czuwa tu dyżurny ruchu. Obecnie jest to jedyna stacja, na której w tym roku będą mijać się pociągi.
Kulin Kłodzki
Najwyżej położony przystanek na linii 309. Dzisiaj posiada tylko jeden tor. Przepiękny budynek dawnej stacji został oddany w prywatne ręce. Tuż przed Kulinem znajduje się jeden z dwóch tuneli na tej trasie, długości 1,8 km.
Lewin Kłodzki
Kiedyś stacja, dziś przystanek osobowy wyposażony w jeden tor i peron. Niewielki budynek stacyjny i tylko jeden dodatkowy tor rozebrany po powodzi świadczy o drugorzędnej roli, jaką stacja ta pełniła w przeszłości.
Kudowa Zdrój
Tu kończy się linia. Jak na stacje węzłową, nie jest ona zbyt duża. Ruchem steruje dyżurny ruchu poprzez semafory świetlne, tarcze manewrowe i elektrycznie sterowane zwrotnice. Obecnie tylko cztery rozjazdy są czynne. Przed powodzią (1998 r.) istniała zachodnia głowica rozjazdowa (kiedyś linia ta biegła dalej, do Nachodu), przez co wymijanie składu z lokomotywą było o wiele prostsze. Wystarczyło odłączyć ją od wagonów, wyminąć je torem drugim, podczepić i pociąg był gotowy do odjazdu do Kłodzka. Dzisiaj manewry są o wiele bardziej skomplikowane. I tu znów nasuwa się pytanie, do czego takie działania zmierzają. Niestety, chyba do powolnej likwidacji trasy...
Teraźniejszość linii Kłodzko – Kudowa Zdrój to 3 pary pociągów kursujących codziennie oraz dodatkowe 3 pociągi pospieszne z Gdyni, Helu i Warszawy wschodniej kursujące w święta, ferie oraz w czasie wakacji. Codziennie mam możliwość podziwiać SP32 z jednym wagonem osobowym z okna mojego pokoju. Przypominam sobie wtedy lata 90-te, pięciowagonowe składy do Lublina, Katowic, Szczecina. Wiem, że te czasy już nie wrócą, wiem, że PKP w szalonym tempie likwidacji może „dobrać” się do tej przepięknej trasy i zamknąć ja na zawsze. Tylko my, mieszkańcy Kotliny Kłodzkiej, podróżni, możemy ją uratować wybierając przejażdżkę tym wspaniałym żelaznym traktem...
Pracę nadesłano opatrzoną bogatym materiałem fotograficznym.
Hubert Łuszczewski, Zespół Szkół Alternatywnych w Kłodzku, opiekun Monika Kotopka.
Sponsorzy:
Usługi Poligraficzne Bogdan Kokot vel Kokociński, Miejska Biblioteka Publiczna w Nowej Rudzie, Tomasz Leśniowski, Zespół Szkolno-Przedszkolny im. św. Wojciecha we Włodowicach




Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób.
Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!






