Nowa Ruda

Menu

Dzisiaj wizyt: 283

Kanal RSS

 Reklama  

Oni lubią nas
a my lubimy ich.

Przyjaciel Domu

Piast

MOK

Sudety.it

www.kobak.prv.pl - Jazda Konna w Siodle, Górska Turystyka Konna - Overo

www.western.one.pl - Dolnośląskie Centrum Westu - Nowa Ruda


Linki sponsorowane
  LITERATURA: Islandia
Miejcie mnie elfy w opiece...

Agnieszce Klimko i Hubertowi Dobrzanieckiemu

Najszybsza w moim życiu zmiana. Wczoraj o szóstej rano pochylony nad zeszytem w hostelu w Kopenhadze, dzisiaj woda, przeciekająca przez palce, pachnie wulkanem. Jestem w Reykjaviku. I patrzę jak miasto nabiera wigoru, jak pączkuje, wydzierane nocy po kawałku. Zaczyna szumieć, wibrować, włącza swoje silniki. Zabawki wyciągane z worka niewidzialną ręką. Ktoś nagle pchnął kilka okrętów, zmusił do poruszania się na horyzoncie, a trzy z nich przycupnęły w porcie. Teraz dopiero widzę, że jest ich więcej. Buczą syreny okrętowe to tu, to tam, a mnie przenika ziąb, lodowata mgła spada na miasto. Zamykam okno i chyba ze strachu przed nieznanym i szybkością zmian zaczynam się modlić. Mam do wyboru rozpiętego na krzyżu Jezusa albo wyklejaną Matkę Boską na przeciwległej ścianie. Siostry uśmiechają się, ale nie są bose. To tylko nazwa. Otrzymuję niezbędne do życia wskazówki. Wiem, gdzie mam klucz i lodówkę. Tyle w nich radości, jakby w ogóle nie było ciężkich, żelaznych krat między nami. Całe życie za kratami. A w tych kobietach radość, ciepło, promienność. Może biorą jakieś prochy, żeby tak dobrze wyglądać i tak promieniować? Bzdura. Cichutko jak myszki przemykają wąskimi korytarzami klasztoru i kiedy mnie nie ma, uzupełniają zawartość lodówki, wycierają kurze, dolewają wodę do elektrycznego czajnika. Ja mogę pomylić kurki i zrobię sobie herbatę z tej wulkanicznej siarkowodorówki. Siostry nie chcą do tego dopuścić. Nad szmatami w łazience są napisy. Kochane, o wszystkim pomyślały. Kiedy wieczorem wracam, one już są za kratami, a na mnie czeka kawałek ciasta, czysty ręcznik, jakiś nowy napis w toalecie. A co by było, gdybym to ja raz coś napisał? Zostawić wiersz, może jakąś nabożną sentencję i wyjść na miasto.

Woda o smaku żużlu i asfaltu. Wiem, miałem jej nie pić. Czuję to, piorąc skarpetki. Nieraz drobne czynności ratują przed zupełnym rozbiciem. Tyle informacji naraz. Informacji z innego świata. A ty spokojnie pierzesz swoje stare skarpetki, a potem gacie. Spokojnie rozwieszasz na kaloryferze.

Wczoraj przykładałem głowę do wyślizganego kamienia, gdzie ścięto biskupa i jego czterech synów. Rowkiem wydrążonym w kamieniu ściekała krew. Wokół żyli sobie ludzie w krągłych ziemiankach pokrytych trawą, nieco podobnych do nor hobbitów. Krew jest w godle kraju, obok powietrza i wody. Trzy elementy wtłoczone w krzyż oparty na wulkanicznej lawie. Jeszcze jakiś byk czy wół, dwa różnokolorowe smoki. Mam nadzieję, że niczego nie opuściłem. Godło widziałem w kościołku nad jeziorem. Gdzieś z tyłu, w okolicach ostatniego rzędu. Tam siada prezydent. Obok znajduje się jego dom. Można zapukać, zapytać o coś albo złożyć skargę. W kościele bardzo ciepło i w miarę nowocześnie. Z boku skromnie sterczy kamienna chrzcielnica. Tutaj chrzczono wikingów. Na małym cmentarzyku rząd zapaskudzonych przez mewy nagrobków. Imię, nazwisko, zawód. Chyba w każdej wsi musiał być poeta. Bo i tutaj na dziesięć grobów jest jeden podpisany „skald”. Obok gospodyń domowych, rybaków, nauczyciela i rolników.

Bulgocze wrzątek i wytryska w górę, strasząc turystów. Tutaj nawet na podwórku możesz mieć takie atrakcje. I dziecko może ci wpaść, oparzyć się. Hubert opowiada mi historię staruszki, pensjonariuszki domu, w którym pracuje. W jej gospodarstwie było gorące źródło. I wpadła do niego siostra. Ugotowała się. Ojciec jako pierwszy w kraju hodował róże, wykorzystując dar boży we własnym obejściu. Po śmierci córki chciał zakopać, przysypać, ale woda wciąż wzbijała się w powietrze. Woda, powietrze, ogień. Ogień, a nie krew, pomyliłem się.

Olbrzym. Zapomniany przeze mnie element godła. Każdy wydaje się olbrzymem w oczach konika islandzkiego. Smutnym olbrzymem. Zmartwiałe z jakiejś nieznanej grozy stada tych koni stoją w błocie, wypatrując czegoś na horyzoncie. I ja tam patrzę. I nic. Puste, smutne oczy. Chciałoby się krzyknąć, klasnąć w dłonie, rozpędzić w diabły. Lećcie, pędźcie na skraj tego lądu, w przepaść, na koniec świata. Skraj tego czarnego lądu widziałem już pierwszego dnia. Atlantyk bił wściekle w wystawiony, ostry dziób o strukturze torfowo-ziarnistej i odłamywał go po kawałku. Stała tam latarnia. Cierpliwie podmywana stoczyła się którejś nocy w kipiel. Widzę następne pęknięcia. W tych dziurach, szczelinach i rozpadlinach skwir mew, krąży ich chyba kilka tysięcy. W dole czarna plaża. Tu wszystkie takie. Monotonne bicie wodnej masy, kręcące się w kółko mewy i nagie, czarne ściany upstrzone guanem. Na horyzoncie mała wyspa. To nie film ani sen. Ja tu naprawdę jestem.

W pewnym momencie zatrzymujemy się obok ciągnącej się kilometrami wyrwy. Hubert mówi, że to granica światów. Starły się tu dwie platformy kontynentalne. Robię krok i jestem na amerykańskiej. Za sobą mam Europę. Przez szczelinę między dwiema płytami wiele milionów lat temu wypełzła Islandia, kupa lawy na środku Atlantyku. I te płyty ruszają się, ścierają ze sobą. Stąd trzęsienia ziemi. Miałem zobaczyć, jak to jest. Jednak symulator obok gejzera chwilowo nieczynny. Gejzer, jedyne słowo, jakie z islandzkiego zawędrowało do polszczyzny. Geyzir. Ale ten stary gejzer umarł. Trochę dalej powstał nowy. Młodziutki. Ten to ma wytryski.

Żużel, krew, asfalt, wrzątek na plecach. Obłęd. Może jeszcze kazirodztwo. Mnożenie się w dość małym kręgu pociotków i kuzynek. Małe, zamknięte społeczeństwo. Rytuały wikingów w tle. I to poczucie uwięzienia na oddalonym kawałku ziemi. Nieustanna klaustrofobia. Ale w każdej wiosce boisko z podgrzewaną murawą, basen z podgrzewaną wodą. Ciepła woda w mieszkaniach za darmo. Woda z wnętrza ziemi. Zatrzymuję się w oazie na kamienistej pustyni. Większość wyspy wydaje się być pokryta mchem i porostami, gdzieniegdzie trawa i jakieś krzaki, bardzo rzadko rachityczne, samotne drzewo. A tu nagle oaza. Ciepła woda ogrzewa kompleks szklarni. Widziałem tam mandarynki i banany, prawdziwy busz za szkłem.

Śmieją się, że dopada mnie specjalność ich klimatu i niemiłosiernie siecze. Stoję goły w ciepłej wodzie i dostaję po plecach biczami gradu. Usiłuję przykucnąć, ślizgam się po dnie wyścielanym algami i raptownie zanurzam się, gubiąc okulary. Za chwilę nurkuję w poszukiwaniu binokli. Jestem w niebieskim jeziorze, gorąca woda paruje. Pada śnieg na przemian z gradem. Moje ciało odlatuje w zaświaty, a świadomość nie nadąża za nim. To jest niepojęte. Leżę na plecach w gęstej, słonej wodzie, patrzę na słońce przesłonięte kolejną falą śniegowych chmur. Tak było w brzuchu matki. Ciepło, mokro, spokojnie. Chlupotanie, syczenie, bulgoty, jakaś biała maź leci mi na głowę i ramiona. Potem widzę, że wszyscy się nią smarują. To tutejsze algi roztarte na miazgę.

Specjalność klimatu? Proszę bardzo. Zaczęło się w nocy i potrwa kilka dni. Teraz wiem, po co siostrzyczkom te dziwne zabezpieczenia w oknach. Chodzi o wiatr, który dosłownie zwala z nóg. Potrafi zepchnąć autobus do oceanu. To tutaj normalka. Gdybym się nie chwycił poręczy, leżałbym parokrotnie, a nogi mam przecież dość silne. Za mało silne, jak na islandzki wiatr. Źle zamykam okno i w nocy budzi mnie dziki świst. Zerwał zasłony i śmieje się ze mnie. Zatrzaskuję okna na te ich dziwne zatrzaski i spokojnie zasypiam. Śni mi się trzynaście Mikołajów. Śni mi się ich mama i tata. Mama rozwiodła się z ojcem i sama wychowuje niesfornych synków. Islandzcy Mikołaje niczego nie dają, oni zabierają. Każdy zabiera co innego. Śni mi się taki, który zabiera duszę.

Fosforyzująca biel wciska się w oczy. Przebudzenie w śniegu. A miała już być wiosna. Wyjaśniają mi ludzie, że wszystko jest w porządku. Zbliża się Wielkanoc, więc coraz więcej śniegu. Natomiast na Boże Narodzenie prawie go nie ma. Znają tu permanentny chłód, ale nie znają wielkich mrozów. Pogoda wynika z kaprysów wiatrów i ciepłych prądów Atlantyku, które przysuwają się i odsuwają.

Przypominam sobie drewnianą budę z krzyżykiem i słowa Huberta, że to ważny islandzki zabytek. Kościołek w całkowicie bezludnej okolicy. Przekręcasz klucz i możesz spędzić na ławce noc w śpiworze. Wpisuję coś do księgi zaopatrzonej w długopis. Stoję na mównicy (bo trudno to nazwać amboną) i głoszę kazanie do niewidzialnych tłumów. Na zewnątrz kępki przeraźliwie suchej i żółtej trawy walczą o przetrwanie z agresywnym mchem w kolorze wojskowego munduru. I grób sławnego malarza. Tu kazał się pochować. Całkowicie bezludny krajobraz rozprasza tylko jasna plama na horyzoncie. Ośrodek dla narkomanów z całej Skandynawii. – Tu bardzo dobrze wychodzą detoksy – mówi Hubert. Zatrzaskujemy drzwi. Klucz zostaje na swoim miejscu. Jakże mi się to podoba, że tu tak wiele rzeczy zostaje na swoim miejscu. Że są stałe, pewne, bezpieczne. Co tu robiono ze złodziejami, że udało się stworzyć taką moralność?

Wszędzie pomniki albo tablice. Pani poetka pisała tu odę, a tu bohater narodowy przechadzał się i wzdychał, zaś tam tragiczny liryk robił kupkę. Zatrzymaj się, przechodniu, powiedz to innym. Więc mówię.

A w to nikt chyba nie uwierzy. W tym społeczeństwie przetrwał pierwotny animizm. Co robią tu te wszystkie klasztory? I luteranizm, i katolicyzm są tylko przykrywką dla pierwotnych wierzeń. Papuasi Atlantyku? Budując drogę, zmieniają jej kierunek, trafiając na większy kamień. Niechybnie mieszka pod nim elf. Rusz go, bracie, a już do końca życia nie opędzisz się od duchów. Zadręczą ciebie i twoją rodzinę. Lepiej ominąć. Toteż sporo tu samotnych głazów pośród nowoczesnej infrastruktury. W świadomości przeciętnego Islandczyka wiele takich magicznych ostańców, nawet nie oszlifowanych przez szkołę, a wręcz przeciwnie – przez szkołę potwierdzonych, umocnionych.

Duchy są wszędzie. Starsi ludzie z nimi rozmawiają. Nie tylko ci u Huberta, w domu wariatów. Gaszą i zapalają światło, wyrywają ci kołdrę z rąk, chodzą za tobą krok w krok. Należy dać im spokój, należy uszanować. Pośród setek małych kamieni wznoszą się te większe. Szanuje się je, bo mają swoją historię, którą opowiada się wnukom. Tutaj tysiąc lat temu taki a taki złożył swe szaty, po czym zanurzył się w tym oto ciepłym jeziorku.

Siostry produkują świece. Bez przerwy zajeżdżają samochody, ktoś dzwoni do drzwi. Polskie siostry, karmelitanki, słyną z najpiękniejszych świec do bierzmowania. Protestanci ustawiają się po nie w kolejce.

Boro, dwumetrowy facet z Chorwacji. Profesor Akademii Sztuk Pięknych w Splicie. Teraz pensjonariusz domu wariatów na Islandii. Swoje odchorował, ale dalej go trzymali w psychiatryku, bo nie było dla niego mieszkania. Pokazano go w telewizji i zaraz znalazło się lokum. Sprowadził matkę, osiemdziesięcioletnią staruszkę rozmawiającą z duchami wyłażącymi ze ścian. Mieszkają razem.

Starcy widzą to, czego inni nie widzą. Jeden z nich porywa jeepa i ucieka na wolność, towarzyszy mu staruszka. Goni ich cała policja Islandii. Zaszywają się w jakichś straszliwych gąszczach Zachodnich Fiordów. Ona tam umiera. On znika. Chciałbym się popłakać przy tym filmie. Na razie znam z opowieści. Muzykę do tego filmu napisał Polak, Szymon Kuran.

Od czego uciekał staruszek? Od tabletek i ciasnych pokoi w domu starców? Od ludzi goniących za pieniądzem i w ogromnym stresie spłacających swoje kredyty? Od ich depresji i nerwicy? Sam był absolutnie zdrowy. Sprzedał gospodarstwo, zabił psa i ruszył do Reykjaviku. Do córki. Ta go natychmiast umieściła w domu starców.

W takim domu pracuje Hubert. Przedtem pracował w nieco innym. Tam spotkał Bora z Chorwacji, tam spotkał Szymona z Polski. Tutaj kobiety zakochują się w kobietach, a porzuceni faceci trafiają do wariatkowa. Tęsknią za swoimi dziećmi, rozpaczliwie malują, piszą, komponują.

W piątek ludzie biegają jak wściekli, żeby kupić alkohol na weekend. Tylko w paru punktach można go kupić. Jest wydzielany, dawkowany. Są miejsca, z których jedzie się kilkaset kilometrów, żeby kupić wódkę. I kupuje się od razu kilka skrzynek. Potem pije się na umór.

Depresja bierze się z klimatu, z jego kaprysów, z braku światła i ciepła. Ta nowa depresja jest inna. Wynika z nieumiarkowania w piciu alkoholu, z rozpaczliwego szamotania się w nieudanych związkach i z ukrzyżowania przez kredyty zręcznie podsuwane przez banki. Islandczyk nie widzi pieniądza. Wszystko odbywa się przy pomocy kart. Łatwość płacenia i nabywania jest porażająca. Niektórzy są tym upojeni, a potem nie mogą nadążyć z regulowaniem rachunków. Zostają niewolnikami systemu. Zaharowują się na śmierć, żeby spłacić wielkie samochody, mieszkania, dacze i łodzie.

Nie spotykam tu psów. Ale nie wpadam też na żadne psie gówna. Coś za coś. Czyściuteńko, ale dziecko nie ma się do kogo przytulić. Psy można mieć tylko na wsi.

W przedszkolu i szkole jak najdłużej. Rodzice muszą spokojnie pracować. Etapy edukacji nieznośnie rozciągnięte w czasie. Maturę zdaje się około dwudziestego drugiego roku życia. Szkoła podstawowa liczy sobie dziesięć klas. Wszyscy muszą zdać. Nie ma ocen cyfrowych. Jest ocena opisowa na świadectwie wydawanym w maju. A potem ponad trzy miesiące wakacji.

Ten port w dole, świetnie widoczny z mojego klasztornego wzgórza, to porcik w Hafnarfjordur. Miejscowość ma swoje kino i teatr. I oczywiście basen z podgrzewaną wodą, nie przykryty żadnym dachem. Na głowę leci śnieg, za uszami świszczy wiatr, a ty sobie stoisz w parującej zupce. Leży siedemnaście kilometrów od Reykjaviku. W nazwie ma jakieś nietypowe literki. Ale nie zdążę się nauczyć przed wyjazdem.

Zatoka Dymów. Tak ten wiking przed dwunastoma wiekami nazwał ziemię, na której leży stolica. Na rynku nadal dymią dwa małe gejzery. Jest obelisk wspominający dzielnego wojownika. Był banitą. Uciekł z Norwegii.

Wszystko wydaje się małe, kameralne, wyciszone. Gdybym napisał „gmach parlamentu”, skłamałbym. Parlamencik. Ryneczek. Księgarenka. Literaturka. Stary Reykjavik - domki drewniane albo blaszane. Wszystkie w pastelowych kolorach. W kościołach czyste, ciepłe ubikacje. Nie tylko w luterańskich. Reykjavik sprawia wrażenie olbrzymiego przedmieścia. Czeka się, kiedy będzie centrum. A tu koniec, urwisko skalne, Atlantyk. Wysepka, która za godzinę zniknie pod wodą. I tak kilka razy na dobę. Napis głosi, że jest niedostępna od maja do września. Wtedy staje się królestwem ptaków przylatujących z Antarktydy. Składają na niej jaja i atakują każdego, kto się pojawi na horyzoncie. Odważni chodzą tam w kasku i z długim kijem zakończonych piórem. I nieraz ptaki dają się zmylić, zamiast czaszki atakując końcówkę kija.

Wyobrażam sobie wojów ciągnących ze wszystkich stron. Wikingowie zbierali się w potężnej niecce utworzonej przez pęknięcie w skorupie ziemskiej. Takie pęknięcie nosi nazwę ryftu. Niewiele jest miejsc w świecie, gdzie ryft (dowód rozsuwania się wielkich platform tektonicznych) wystaje ponad powierzchnię oceanu. W takim miejscu zbierali się dawni mieszkańcy Islandii. W naturalnym amfiteatrze dobrze niósł się głos prowadzącego obrady tego pierwszego w świecie parlamentu. W tysięcznym roku wynikiem obrad była decyzja o przyjęciu chrześcijaństwa. Pogańskie bożki poleciały w przepaść, roztrzaskując się na progach wodospadów. Lecz elfy nadal mieszkają pod kamieniami.

W nocy burza śnieżna. To żaden problem dla islandzkich pilotów. Samolot spokojnie kołuje na pasie startowym. Miejcie mnie elfy w opiece. Pot płynął mi po plecach i w duchu przeklinałem wszystkie filmy katastroficzne podsuwające mi w tej chwili obrazy roztrzaskujących się samolotów. Namacałem pod fotelem kamizelkę ratunkowa i zapoznałem się z instrukcją obsługi. Ciekawe, jak długo będę dryfował w lodowatych wodach Atlantyku? Rekinów tu chyba nie ma. Stewardessy uśmiechały się szeroko i były naprawdę dzielne. Jedna rozpoczęła jakąś inscenizację. Potem zaplątała się w kamizelkę ratunkową, a kiedy zerwałem się, by jej pomóc, to mnie natychmiast druga do fotela przydusiła. Potem na zgodę przyniosła coś do jedzenia i lampkę wina. – Jak umierać, to z fasonem – pomyślałem. I wypiłem to wino. I zaraz zaświeciło słońce. Zobaczyłem wysokie, dymiące kominy. Powiedzieli, że Kopenhaga.
Karol Maliszewski
« Powrót | Dodano: 2004-04-13 | Komentarzy: 0 | Odsłon: 631 |  | Drukuj

Komentarze:

Hasło:
Autor:

Komentarz: /300 max

Info Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób. Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!

Menu
Maj 2008
N Pn Wt Śr Cz Pt S
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

 KWATERA
Noclegi u Bajanka
Cena: od 25 do 35

donate

  ^Top^

   spampoison    Strona zgodna z HTML 4.01   Korzysta z Apache   Korzysta z MySQL   Korzysta z PHP   Najlepiej czytaj w Firefox   Katalog Stron
Wszelkie prawa zastrzeżone (c) Nowa Ruda 2002-2006 Kamil Kobak
Aby lepiej oglądać wciśnij F11     www.nowaruda.info