Za górami był inny świat. Świat orzeszków w cukrowej polewie, świat dobrego piwa. Świat na pozór szczęśliwych ludzi mówiących w pokrewnym języku, spowiadających się nie w konfesjonałach, a w gospodach – rozśpiewanych i martyrologicznie czystych. Na pozór szczęśliwych, bo do pełni prawdziwego szczęścia zabrakło im innego zakończenia praskich wypadków. Teraz żyli w cieniu wszędzie umieszczanych sowieckich znaków. Można je było spotkać zarówno na lampionach noworocznych, jak i na lokomotywach. Nawet dumnego, czeskiego lwa nie udało się uchronić od sterczącej mu nad głową gwiazdy, przecież nie mógł zapomnieć, kto nim teraz rządzi.
Dwa narody, mieszkające tak blisko, tak pokrewne, a tak historycznie rozdzielone obcym panowaniem i kulturą. Przyszło czekać sześćset lat, żeby na nowo graniczyć ze sobą, tym razem graniczyć jeszcze mocniej w ramach socjalistycznej przyjaźni. Stempel na tylnej stronie dowodu osobistego mojej Mamy informował, że dokument ten uprawnia do przekraczania granic wszystkich państw naszego bloku. Nie był nawet dobry do podtarcia się, był zbyt sztywny. I tak żyliśmy sobie po obu stronach gór, niewiele wiedząc o sobie. Czesi topili swoje problemy w kuflach piwa, Polacy rozwiązywali je za pomocą butelki wódki i dwóch kieliszków. Góry stały niewzruszone, patrząc ze spokojem na pogłębiający się rozwód. Czasami komuś udawało się dostać zaproszenie lub roczny kontrakt w fabryce obuwia, wtedy przywoził wiadomości, kilogramy arašidovych orzeszków i piwo. Puste butelki „Opata”, „Primatora” i innych gatunków czeskich piw były wystawiane na górnych częściach szafek kuchennych obok dewocjonaliów przywożonych z częstochowskich pielgrzymek. Czasami w radiu można było usłyszeć czeskie podróbki zachodnich przebojów w wykonaniu boskiego Karela albo złapać w telewizji wieczorynkę z „Opowieściami z mchu i paproci”. To była właściwie cała moja wiedza o sąsiadach.
Pewnego dnia wpadła mi w ręce szczegółowa mapa Gór Sowich. Leżałem sobie wieczorem w łóżku i zacząłem ją z ciekawością oglądać. Mapa pokazywała nie tylko szlaki turystyczne, szczyty, schroniska, ale i okoliczne wioski i miasteczka. Zainteresowałem się południową częścią i zauważyłem, że blisko Nowej Rudy, właściwie w jej sąsiedztwie, po drugiej stronie granicy leży miasto Broumov, tak blisko Bielawy, a tak daleko. Z mapy jasno wynikało, że nie było tam żadnego przejścia granicznego. A może jednak było? Problem tkwił w tym, iż tereny polskie ujęte na mapie były dobrze i czytelnie oznakowane, lecz gdy wzrokiem zbliżałem się do granicy, drogi, ścieżki, szlaki magle się urywały i jak ogromny pieg nagle wyrastała nazwa Broumov. Miasto nie połączone ze światem żadnymi więzami.
Nigdy nie byłem za granicą, więc wyobrażenie Broumova mieściło się w obrazie powielającym znane zakątki miast i miasteczek dolnośląskich. Mój Broumov był połączeniem Bielawy, Dzierżoniowa, Pieszyc, Nowej Rudy, Świdnicy, Ząbkowic Śląskich i... Skawiny. Skawina zawsze błąkała mi się po głowie, mieszkał tam mój dziadek, do którego często jeździłem na święta i wakacje. Skawina leżała 300 kilometrów od Bielawy i nigdy nie mogła stanowić części składowej Dolnego Śląska, ale jakoś dziwnie pasowała mi jako element układanki pod nazwą „Broumov”. Ten twór mojej wyobraźni miał dzierżoniowski rynek, ząbkowicki ratusz, bielawskie ulice, noworudzkie hałdy, świdnicki kościół i skawiński cmentarz. Potem dołączyłem do tej wizji pieszycki basen kąpielowy. I już Broumov był gotowy. Chyba byłem zadowolony z takiego wizerunku, chociaż w głębi duszy czułem niedosyt i wiedziałem, że prawdziwy Broumov leży gdzieś daleko i pewnie wygląda zupełnie inaczej, skrzętnie chroniony przed ciekawskimi z drugiej strony gór.
Parę dni żyłem tą wizją, potem zacząłem o niej opowiadać w klasie, lecz nie znalazłem zrozumienia u nikogo. W jakiś sposób dotarło do nauczyciela geografii, że ciągle gadam o jakimś czeskim miasteczku, mieszając przy tym ze sobą kilka okolicznych mieścin. Długo nie trzeba było czekać. Pan Poldek zaprosił mnie na rozmowę po lekcjach. Bardzo się bałem. Nie wiedziałem, o co właściwie chodzi, ale cóż było robić, grzecznie zapukałem do drzwi pokoju nauczycielskiego.
- Proszę wejść! – usłyszałem. Otworzyłem drzwi, lecz niewiele było za nimi widać. W powietrzu unosiły się kłęby papierosowego dymu, rezultat przerwy albo jakiegoś zebrania. Wreszcie dojrzałem postać pochylonego nad książką nauczyciela, siedzącego w kącie przy stoliku nakrytym zieloną szmatą.
- Śmiało, proszę, siadaj! – wskazał mi krzesło. – Słyszałem, że interesujesz się drugą stroną granicy, że dużo wiesz o Broumovie, ale chyba nigdy tam nie byłeś, prawda?
- Prawda – odpowiedziałem zakłopotany. – Niewiele wiem, mam tylko mapę Gór Sowich, jest na niej Broumov, reszta to moje wymysły, bardzo chciałbym tam kiedyś pojechać, przecież to tak blisko, tylko przez góry...
- Może chciałbyś kiedyś wpaść do mnie? W Broumovie nigdy nie byłem, ale już sporo wiem na jego temat. Moglibyśmy pogadać. Szykuję się, żeby odwiedzić tamte okolice...
Pan Poldek mieszkał po drugiej stronie rzeki. Szło się do niego koło jadłodajni „Maleńka”, pogotowia ratunkowego i kuźni, a raczej koło tego, co po niej zostało. Trochę rozwalonych zabudowań, stanowisk do podkuwania koni, czegoś, co pzrypominało dużą piaskownicę, w której czasami można było trafić na zardzewiałego ćwieka lub kawałki starych podków. Nad altanką z karbowanej blachy widniał podniszczony szyld „Usługi kowalskie – Bolesław Bobek”. Tuż za opuszczonym zakładem stal budynek komitetu miejskiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z ogromnym masztem na dachu i powiewająca na nim czerwoną flagą. Okna partyjnej siedziby wychodziły wprost na plebanię i chociaż partia oficjalnie odżegnywała się od kościoła, a kościół ganił partię, w Bielawie te dwie instytucje połączone były ludzkim ogniwem – osobą sprzątaczki, pani Bożenki, która sprzątała zarówno u pierwszego sekretarza Pytlaka, jak i u księdza proboszcza. Wspólny, nieoficjalny przepływ informacji – miasto mogło spać spokojnie. Z drugiej strony budynku komitetu stał mały, poniemiecki domek z gipsową rzeźbą przedstawiającą Jezusa. Figura skierowana była twarzą w kierunku budynku partii, a u jej stóp (ktoś poprawił, zamalowując niemiecki napis) znajdowała się tabliczka ze słowami namazanymi czarną farbą: „Jam jest drogą, prawdą i życiem”. W tym właśnie domku na drugim piętrze w małej kawalerce mieszkał profesor Poldek.
Wszedłem, klatka schodowa cuchnęła kocią uryną. Profesor stał przed drzwiami i patrzył, jak wdrapuję się po trzeszczących schodach. Skinął mi ręką. Weszliśmy do mieszkania. Nie istniało w nim coś takiego jak przedpokój, od razu znalazłem się w pokoju. Kuchnia była właściwie także łazienką. Odnosiło się wrażenie, że lokator nie przykłada znaczenia do wyglądu tego pomieszczenia. Pan Poldek był kawalerem i chyba na razie nie miał w planach założenia rodziny. Od pięciu lat uczył geografii w bielawskim liceum, sam pochodził z Ząbkowic, co z dumą zawsze podkreślał. Często mawiał, że istnieją tylko dwie krzywe wieże. Jedna w Pizie, druga w Ząbkowicach. Mało kto o tym wie, ale to i lepiej. Jeżeli tamta się zawali, to zostanie ta nasza, przyciągając miliony turystów. Pan Poldek był zapalonym działaczem PTTK, a rajdy szkolne w jego towarzystwie były czystą przyjemnością. Nie był jednym z tych sztywniaków, którzy gnębili licealistów, bo się w życiu nie zrealizowali albo mieli grubą żonę uczącą w tej samej szkole. Uczniowie bardzo go lubili. Żadne góry w Polsce nie miały dla niego tajemnic, żaden szlak, nie było schroniska, w którym by nie spał. Czasami widać było, że dusi się w środowisku nauczycielskim. Często na długiej przerwie jadał śniadanie samotnie w klasie. Jako geograf był bardzo niezadowolony z tego, że nie można podróżować, że są granice, części składowe jego edukacji. Pan Poldek jednak najbardziej kochał nasze Góry Sowie. Kiedyś na lekcji zapytał:
- Wiecie, dlaczego krasnoludki niosące na swoich barkach sowę z fontanny na rynku są tak przygnębione? A po chwili odpowiedział sam sobie: - Bo cierpią, że mając tak piękne góry, Bielawa stała się włókienniczą mieściną, zamiast stać się stolicą centrum turystycznego.
Było w tym wiele prawdy. Nikt do tej pory nie promował w należyty sposób piękna tej okolicy, natomiast wielu uważało, że jest to bardzo podrzędne i nieatrakcyjne miejsce.
Pokój, w którym spał (jak również robił inne rzeczy z kelnerkami z pobliskiego hotelu „Pod Wielką Sową”) profesor, był obwieszony mapami i widokówkami. Wyglądał jak pomieszczenie w archiwum. Skarpetki, majtki, brudne koszule walały się wszędzie.
- To co, może pogadamy o Broumovie? – zaproponował.
- Możemy, jak profesor chce.
- Siadaj, pokaże ci coś ciekawego, coś, co z pewnością cię zainteresuje i ułoży w głowie prawdziwy obraz miasta. W Broumovie nie byłem, ale znam go jak własną kieszeń. W ubiegłym roku wpadła mi w ręce przedwojenna książka. Jest po niemiecku, trochę czytam w tym języku, ale to nie jest najważniejsze. Są w niej stare zdjęcia Broumova i okolic.
Otworzył książkę i zaczął mi objaśniać fotografie. Przy okazji dowiedziałem się, że Broumov to bardzo stare miasteczko. Jest tam opactwo benedyktyńskie, pochyły rynek z rzeźbą Matki Boskiej ustawioną na spiralnej kolumnie, wiele starych kościołów i cmentarz z najstarszym w Czechach drewnianym kościółkiem żałobnym. Jest tam stary browar, który od setek lat warzy bardzo dobrego „Opata”. – To jest bardzo ciekawa okolica, mam dwa plany dostania się tam – dorzucił, przewracając następną stronę niemieckiej książki.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że nad biurkiem wisiały fotografie chyba tej samej budowli przedstawianej z różnych stron. Był to jakiś ogromny, kamienny most. Przez dłuższą chwilę nie odwracałem głowy, więc pan Poldek przestał opowiadać i zamknął książkę. Potem powiedział: - To Most Karola na Wełtawie w Pradze, najpiękniejszym mieście świata. Chciałbym tam kiedyś zamieszkać.
Plan „A”
Razem z profesorem postanowiliśmy, że spróbujemy w jakiś sposób dostać się do Broumova. Pan Poldek miał plan, który chciał ze mną w wielkiej tajemnicy zrealizować. Pewnego dnia spotkaliśmy się na rynku pod fontanną. Oboje mieliśmy na sobie małe plecaki wypełnione kanapkami i butelkami z wodą. Profesor trzymał w ręce kierownicę starej kolarzówki, ja miałem między nogami niską ramę składaka, sprezentowanego mi na komunię. Pan Poldek postanowił, że podjedziemy na rowerach pod samą granicę, wejdziemy do lasu, ukryjemy tam dwa kółka i piechotą pójdziemy do Broumova. Najbliższy posterunek straży granicznej znajdował się w Radkowie. W planie mieliśmy zwiedzenie miasta i powrót do Bielawy tą samą drogą.
Ruszyliśmy, kierując się na tzw. Górną Bielawę. Minęliśmy szpital, pocztę, potem w górę do Placu Kościelnego, przemianowanego przez komunistów na Plac Obrońców Stalingradu. Na placu stał poewangelicki kościół zaadoptowany przez katolików z górnej parafii. Po lewej biegła droga do Ząbkowic, Ostroszowic i Srebrnej Góry, cała wysadzana kocimi łbami. Parliśmy w górę do rozjazdu na Nową Rudę. Przy tabliczce informującej o końcu-początku Bielawy postanowiliśmy usiąść i zebrać duchowe siły, przed nami był najgorszy odcinek drogi, bardzo stromy i zawiły podjazd na przełęcz Woliborską. Wypiliśmy trochę wody i ruszyliśmy w stronę Jodłownika. Za Jodłownikiem zaczynała się droga pod górę przypominająca toskański makaron, zacząłem tracić siły i krzyczeć:
- Profesorze! Może podprowadzimy rowery pod przełęcz?
- Dawaj, dawaj! Nie puchnij! Jak dojedziemy do Broumova, to postawię ci piwo na rynku!
Pociłem się jak mops, ale starałem się dotrzymać tempa. Kiedy znowu udało mi się podjechać i pokonać straszliwie zawiły zakręt, zacząłem lamentować:
- To niesprawiedliwe, profesor ma dużo lżejszy rower, z większymi kołami i przerzutkami, a ja tu wyciskam pot i prawie umieram.
- Jak chcesz, to się zamienimy rowerami! Ja mogę jechać składakiem, żaden problem!
- Tak, teraz to profesor mądry, jak już prawie jesteśmy na przełęczy.
- Dobra! W drodze powrotnej będę jechał na składaku.
Podjechaliśmy na przełęcz Woliborską, teraz było już z górki. Postanowiliśmy odpocząć, następny dłuższy przystanek planowaliśmy dopiero w Tłumaczowie, na granicy.
Droga z przełęczy stanowiła nagrodę za mordęgę przeżytą podczas podjazdu. Bez kręcenia pedałami znaleźliśmy się w Woliborzu i skręciliśmy do Nowej Rudy. Tam oddychało się jakby trochę ciężej – kopalnie. Przejazd przez miasto nie zajął nam wiele czasu i już powoli pięliśmy się pod górkę do Tłumaczowa, który wydał się nam straszną wiochą, jakby zatrzymał się w niej czas... W małych domkach pomalowanych tanią farbą w kolorach tęczy mieszkały dusze byłych lokatorów, czekających na koniec świata. Na końcu wsi, gdzie nie było już żadnych zabudowań, stał wbity w ziemię betonowy pal, a na nim przybita tabliczka: „Granica Państwa, przekraczanie zabronione”.
- No, to jesteśmy – z ulgą powiedział profesor. – Zostawmy rowery gdzieś w lesie i idźmy, bo szkoda czasu.
Weszliśmy do lasu.
- A jak nas złapią? – zapytałem ze strachem.
- Ciszej! Jak będziesz tak gadał... Teraz musimy kierować się na południe.
Nie miałem butów odpowiednich do wędrówek po lesie, bardzo się pokaleczyłem o wystające, ostre gałęzie. Po jakimś czasie las skończył się i weszliśmy na dużą polanę. Spojrzałem w dół.
- Broumov? – zapytałem z niedowierzaniem profesora.
- A coś ty myślał, że Warszawa? – z przekąsem i dumą odparł pan Poldek.
Zupełnie jak na zdjęciach z książki, przeglądanej u profesora, w oddali widać było ogromny benedyktyński klasztor, domki i wieże kościelne. Wszystko jak na dłoni.
- Profesorze, jestem! Jesteśmy! Udało się! Nie mam słów... To jest Broumov!
Potem przestałem się egzaltować i jeszcze przez chwilę staliśmy na polanie, patrząc na miasto z naszych snów, w ciszy kontemplując przysłowie mówiące o tym, że „chcieć to móc”.
- Ręce do góry! – nagle doszedł czyjś okrzyk i zanim odwróciliśmy się, mieliśmy już przed sobą dwóch uzbrojonych żołnierzy.
- Sprawdź ich! – powiedział jeden z nich, a drugi zaczął przeszukiwać profesora.
- Zobacz mu do plecaka!
Potem to samo zrobiono ze mną. Czułem, jak drobne kropelki potu zaczynają przesiąkać przez moje majtki.
- Panowie! O co chodzi? – zapytał profesor.
- O co chodzi? Co się pan głupio pyta? Przekroczyliście granicę państwa!
- Naprawdę? – z udawanym niedowierzaniem ciągnął dalej profesor. – Jak to przekroczyliśmy granicę? Przecież cały czas jesteśmy w Polsce, a to w dole to nie jest czasem Nowa Ruda?
- Nie udawaj pan głupka, w dole jest Broumov, jesteście w Czechach. Dowody osobiste proszę! – uciął dyskusję jeden z żołnierzy, po czym wziął do ręki dowód profesora i zaczął go dokładnie przeglądać.
- Leopold?
- Tak, to ja!
- Co pan tu robi?
- Grzybów szukam.
- O tej porze roku?
- A ten drugi to kto? Może pański kochanek? – zażartował żołnierz, patrząc na moją wystraszoną twarz.
- Nie, to mój uczeń. Jestem nauczycielem w bielawskim liceum, wybraliśmy się razem na wycieczkę.
- Chce pan ryzykować stratę pracy lub areszt za takie wycieczki?
- Naprawdę nie wiedziałem, że przekroczyliśmy granicę, z pewnością zabłądziliśmy w lesie. Byłem przekonany, że mijamy Nową Rudę.
- Baju, baju! A czego pan uczy w Bielawie? Tylko nie kłamać, bo zadzwonię i sprawdzimy.
- Geografii.
- Kto panu dał dyplom? A może jesteście szpiegami? No to co robimy z nimi? – przesłuchujący zapytał drugiego żołnierza.
- Zostaw ich, mam teściową z Bielawy.
Spojrzeli z politowaniem na nas i jeden z nich włożył dowód osobisty profesora do mojego plecaka.
- Drogę powrotną z pewnością znacie. Żebym Was tu więcej nie widział. Cieszcie się, że was Czesi nie dorwali. Ten nielegalny kufel piwa mógłby was kosztować długie wakacje na Pankracu. Wynocha! Już was tu nie ma!
Plan „B”
Po kilku dniach spotkaliśmy się znowu w kawalerce profesora.
- Nie wyszło nam, następnym razem uda się na pewno – powiedział pan Poldek.
- Ja już profesorze nie chcę następnych razów. Tak się wystraszyłem, że odechciało mi się Broumova, Czech, piwa... wszystkiego. Mam jeszcze maturę do zdania i wiele ciekawych rzeczy do zrobienia. Nie chcę gnić w czeskim więzieniu. Miałem takie zakwasy w nogach, że nie było mnie w szkole przez trzy dni.
- Słuchaj, ja muszę się tam dostać. Nie mam rodziny, maturę już dawno zdałem, skończyłem studia i co z tego? Jestem nauczycielem geografii w prowincjonalnym liceum, nigdy nie byłem za granicą, prócz tego razu z tobą, a uczę o odległych krajach. To wszystko bzdura, kłamstwo. Mam tylko nadzieję, że nikomu nie powiedziałeś o naszej wyprawie i nikomu nigdy nie powiesz.
- Jasne, że nie powiedziałem. Jak mnie lekarz pytał o zakwasy, to mu powiedziałem, że składakiem wjechałem na przełęcz Woliborską. Już o nic więcej nie pytał, tylko wypisał zwolnienie na trzy dni.
- Mam plan B! – z uniesieniem powiedział profesor. – Nie chcę, żebyś ryzykował, potrzebuję twojej pomocy tutaj, na miejscu. Sprawa jest bezpieczna, niczego ani nikogo nie musisz się obawiać. Mogę na ciebie liczyć?
- O ile nie pociągnie to za sobą interwencji wojsk, milicji i sądów...
- Posłuchaj. Mam po ojcu szopę w Dolnej Bielawie, w niej buduję lotnię. Kiedyś, jeszcze jako student, należałem do takiego klubu w Jeleniej Górze, trochę latałem, znam się na tym.
- To co? Profesor tym razem chce przelecieć granicę na lotni?!
- Właśnie tak!
- Poroniony pomysł! Rozumiem, porwać helikopter, jak ci z PGK-u, i wylądować w Berlinie Zachodnim, to jest coś. Zawsze ucieka się tam, gdzie jest lepiej.
- Widzisz, to nie jest tak, jak myślisz. Sama idea granic jest chora - powiedział spokojnie profesor, a potem mówił coraz gwałtowniej i zapalczywiej. - Oddzielanie ludzi słupami, drutami kolczastymi, wojsko, milicja, to wszystko po to, aby ci z mózgu zrobić gówno. Żebyś przestał myśleć, marzyć, poznawać, żebyś wyrastał w chorobliwym nacjonalizmie. Nasze to najpiękniejsze, najlepsze, najmądrzejsze i tylko dlatego, że nie dano ci poznać czegoś innego, żebyś nie mógł wyrobić sobie własnej opinii, żebyś był przekazywaczem, a nie człowiekiem. Ja nie chcę uciekać, ja chcę odwiedzić, zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Chcę przelecieć granicę jak ptak. Czy ptaki są pytane o dowody osobiste i paszporty? Czy istnieją podziały na ptaki czeskie i polskie? Chcę tam być i będę, nikt mi tego nie zabroni, bo jestem człowiekiem, a to co bardziej znaczącego niż ptak. Zgadzasz się? Pomożesz mi?
Skinąłem głową, bo czułem, że dużo rozsądku było w tej gwałtownej przemowie. Zdałem sobie sprawę z paranoi, w jakiej przyszło nam żyć. Odczułem ją jeszcze mocniej po wyjściu z domu profesora, kiedy mój wzrok natknął się na gipsowego Jezusa spoglądającego na dom partii. JAM JEST DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM!
Nieoficjalnie Bielawa dzieli się na Górną i Dolną. Dolna zaczyna się tabliczką informacyjną, że tu właśnie kończy się Dzierżoniów. Granicą Górnej Bielawy był dom dentysty Tannenbauma. Ciągnie się ona aż do Dworku Leśnego już w Górach Sowich. Długa Bielawa – Langen Bielau – jak mawiali Niemcy. Całe miasto przypomina kilkunastokilometrowego tasiemca, który wżera się w dolinę Bielawicy.
Skąd wziął się ten dziwny podział? Czy Góra jest lepsza od Dołu? Czy raczej jest odwrotnie? Odkąd pamiętam, zawsze istniał spór pomiędzy tymi z Dołu a tymi z Góry i kto wie, czy nie istniał też za niemieckich czasów, ciągle angażując zastępy chłopców do niekończących się utarczek, bójek i meczów. Jedno jest pewne – ci z Dołu mieli i mają bliżej do Wrocławia.
Otóż w Dolnej Bielawie stała szopa po gospodarstwie ojca pana Poldka. Umówionego dnia podjechałem autobusem podmiejskim i wysiadłem na przystanku przy drugim oddziale Caritasu. Z drugiej strony ulicy, w bezpośrednim sąsiedztwie budynków „Bieltexu”, spoglądała na mnie Łysa Góra. Chodziliśmy tam z kolegami na pieczarki. W jej nazwie nie było przesady, ani jedno drzewko nie ozdabiało tego dumnego szczytu, jedynie trawa i pasące się krowy. Wydawała się olbrzymia, ale kształty miała łagodne, zbocza przystępne. Najlepsze miejsce na świecie do puszczania latawców, modeli szybowców i innych latających lub próbujących latać rzeczy.
Pod Łysą Górą stała szopa profesora. Przeszedłem kładkę i idąc obok remizy strażackiej, wyszedłem prosto na nią. Podniosłem z ziemi usiany drobnymi otworkami mały kamyk i zastukałem nim do wrót. - Wchodź, wchodź! – zawołał pan Poldek. Wszedłem do środka i zobaczyłem profesora stojącego przy skrzydłach białej lotni.
- No i jak ci się podoba „Praga”?
- Nigdy tam nie byłem – odparłem, próbując udawać głupka albo dowcipnisia.
- Wiem, ale ja mówię o lotni. Nazwałem ją „Praga”!
- Aa to o to chodzi profesorowi. Wygląda nieźle, ale czy poleci?
- Poleci, poleci, nie martw się. I zaleci, gdzie trzeba! – dodał z naciskiem.
- Nie boi się profesor? Przecież to kawałek szmaty i kilka rurek.
- Nie mów tak o „Pradze”. To nie jest szmata, to bilet do moich marzeń! Mamy dzisiaj dobry wiatr. Pomożesz wtaszczyć ją na górę?
- No pewnie, przecież obiecałem.
Poskładaliśmy lotnię i wsadziliśmy na wózek. Profesor zamknął szopę. Ruszyliśmy pod górę. Pchało się ciężko, koła zapadały się w miękkiej ziemi pokrytej soczystą trawą. Jakoś wspólnymi siłami doturlaliśmy się z tym wózkiem na sam szczyt. Podłożyłem kamienie pod kółka i usiedliśmy na trawie. W oddali widać było Ząbkowice, a patrząc nieco w bok, z łatwością można było dostrzec szczyt Kalenicy.
- Popatrz, tam jest taki uskok – profesor uniósł dłoń. – Poniżej przełęczy Woliborskiej, tam, ta piękna przecinka... Jak wiatr będzie sprzyjający, z łatwością wyląduję w Broumovie.
- Ale profesorze, jak profesor to zrobi, to zaraz przyjedzie czeska milicja i tyle się profesor naogląda Broumova.
- Nic się nie martw, dam sobie radę, mam plan, który musi zadziałać. A teraz pomóż mi poskładać lotnię, chciałbym sprawdzić, jak to się wszystko sprawuje.
Lotnia jak wielki biały motyl stała w całej swej krasie na szczycie Łysej Góry. Profesor jeszcze coś tam sprawdzał, kopał i szarpał, mierzył wzrokiem, kręcił nosem i nerwowo chrząkał. Na koniec tej całej dziwnej procedury powiedział: - Dobra, jestem gotowy. Założył kask i gogle, podszedł do lotni, uniósł ją za coś w rodzaju ogromnego trójkąta, rozpędził się i... poszybował.
Siedziałem i patrzyłem jak biała „Praga” oddala się z gracją i szybuje z lekkością w stronę jeziorka w Owieśnie. Po chwili białe skrzydła były już tylko małym punktem na wietrze. Nad Owiesnem lotnia zatoczyła krąg i zaczęła zbliżać się znowu w stronę Łysej Góry. Wylądowała u jej stóp. Profesor wyglądał jak prawdziwy zawodowiec. Odblokowałem koła wózka i zacząłem zjeżdżać w dół, siedząc na nim okrakiem. Kiedy dojechałem do profesora, zasypałem go pytaniami. Nie mógł złapać powietrza, ale wreszcie wykrztusił: -Cudownie, cudownie... Chyba się uda!
Pogodę na niedzielę zapowiadali znakomitą. Umówiliśmy się w szopie. O siódmej wszedłem już bez pukania. Pan Poldek wyglądał na bardzo podnieconego, krzątał się po stodole, próbując uporządkować straszny bałagan. Lotnia leżała już poskładana na wózku.
- Wiesz, ta szopa to pozostałość po gospodarstwie mojego ojca. Był rolnikiem, chyba z powołania, mieliśmy trochę krów, dwa konie i parę hektarów ziemi. Ojca przesiedlili ze wschodu. Szło mu dobrze, ale na początku lat siedemdziesiątych zaczęli go regularnie odwiedzać dziwni panowie w prochowcach i kapelusikach z piórkiem. Przyjeżdżali z tłumaczem z Wrocławia, mówiąc mu, że jak tak dalej dobrze będzie zajmować się ich gospodarstwem, to kiedy wrócą, będzie mógł u nich pracować. Ojciec po którymś razie zdenerwował się i sprzedał gospodarstwo. Znalazł sobie pracę w farbiarni, w „Bieltexie”, ale szopy nie sprzedał, jakby podświadomie wiedział, że mi się jeszcze później bardzo przyda. No i masz, nie miał racji?
Wtoczyliśmy się na górę. Jak za ostatnim razem, podłożyłem dwa kamienie. Rozłożyliśmy lotnię.
- Usiądźmy przed podróżą – rzekł profesor. Jak wylecę, to masz tu siedzieć jeszcze dwie godziny. Jeśli nie wrócę, nikomu nigdy nie mów, co robiliśmy przez ostatnie miesiące, gdzie byliśmy, o czym rozmawialiśmy. Tajemnica, rozumiesz?
- Słowo honoru, profesorze, nikt się nie dowie!
Pan Poldek ubrał kask, wstał i nałożył gogle, złapał lotnię i rozpędzając się, jeszcze krzyknął: - Musisz marzyć i spełniać swoje marzenia! Do zobaczenia!!!
Patrzyłem, jak „Praga” wraz z profesorem oddala się i znika gdzieś koło przełęczy Woliborskiej. Siedziałem tam jeszcze dwie godziny, jak kazał, nawet dłużej i mógłbym tam siedzieć do końca roku szkolnego i nie doczekałbym się – profesor Poldek odfrunął na dobre....
W liceum sprawę starano się delikatnie zatuszować. Jego zniknięcie było całkowicie pomijane przez nauczycieli. Krążyły tylko plotki, że uciekł na Zachód. Po sześciu miesiącach dostałem dziwnie ostemplowany list ze znaczkiem „Československo”. Rozdarłem kopertę i zacząłem czytać.
Drogi Hubercie,
wylądowałem szczęśliwie na rynku w Broumovie, o mało nie rozbijając szyb biblioteki miejskiej. Siedzę teraz w Pradze, na Pankracu, za nielegalne przekroczenie granicy, dostałem pięć lat. Pamiętasz, zawsze chciałem mieszkać w Pradze... Jestem więźniem politycznym, nie muszę pracować. Te parę metrów kwadratowych dzielę z pewnym artystą z Chebu, który kopał na swojej działce tunel do RFN-u, uczy mnie czeskiego, to piękny język. W życiu nie byłem tak szczęśliwy, chociaż siedzę za kratkami. Po odsiedzeniu wyroku będę chciał się tu osiedlić. Jestem z wzajemnością zakochany w więziennej lekarce.
Ahoj! Twój Poldek
P.S. Pamiętaj, musisz marzyć i spełniać swoje marzenia.
© Hubert Dobrzaniecki
Fragment książki Huberta Dobrzanieckiego „Stacja Bielawa Zachodnia”, wydanej przez Wydawnictwo „Mamiko”, ul. Piastów 5/1, 57-400 Nowa Ruda tel. (074) 872 53-64, www.mamiko.pl, biuro@mamiko.pl.




Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób.
Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!






