„(...) Jak ja tę granicę przeklętą, dzielącą państwo moje od kraju, tkwiącą w samym moim kroczu, w związku z tym. Bo tak się złożyło, tak się znowu złożyło, że znowu na nią jadę. I jadę jako statysta, jakby było mało. Pisałem o sobie jako statyście, pamiętacie, pisałem o granicy, pamiętacie, będę statystą na granicy.
Siedzę w autobusie i jedziemy, bom nie sam, ze mną jeszcze dwóch z Hamburga. - Po lufie...
Trąca mnie w ramię Ryszard Wojtyłło, poeta. I aktor. I reżyser - ...chuju?
Dopowiada Jurek Lamorski, kompozytor. I muzyk. I akordeonista.
Szantażują mnie, jak nie wypiję, to zaczną śpiewać lwowskie piosenki, wiedzą, że nie ma dla mnie na świecie nic głupszego i nudniejszego od piosenek lwowskich, cho-ciaż urodziła się tam moja mama. I Rysiu.
To „chuju” Jurka jest czułe. I wytworne zarazem, jakby mówił do mnie „sir”. Taki ma styl, Jurek. Ponad 100 kilo żywego uczucia, obrośniętego siwymi włosami i brodą. Jak siada, męczy się, jak wstaje, męczy się, dlatego najlepiej, kiedy siedzi. Jurek, jak wypije, opowiada o jednym, o muzyce i swoim dziadku. Jurek opowiada codziennie o muzyce i swoim dziadku. Dziadek Jurka był panem w Drohobyczu, dziadek fabrykę miał, dziadek Jurka na wczasy do Truskawca jeździł.
- Różnica między moim dziadkiem a twoim, kurwa, Wojtyłło, Rysiu, jest taka, jak między chanson a piosenką. Chuju.
Dziadek Jurka był panem, a muzyka, muzyka jest Jurka panią. Nic tak nie wyraża świata jak ona. Nic. Jurek wzrusza się, muzyka jest dla niego wszystkim. A jak Jurek się wzrusza, to płacze. A płacze tylko, jak wypije. A wzrusza się codziennie. Czy można w ogóle wyrazić świat? Nad tym Jurek się teraz zastanawia.
- Patrz, Rudnicki, na te gwiazdy. Ty mówisz, że nosisz je w kieszeniach, a ja mówię tak, ja jestem ich sługą. Patrz na te gwiazdy, kurwa, to przypadek? Same się ułożyły?! Patrz do góry i klękaj! Chuju.
A Rysiek to worek ze słowami, te jednak rządzą nim, a nie on nimi. Rysiu, jeśli ma jakiś problem to właśnie z nimi, ze słowami. Bisurmanią mu się, pokazują mu język, nie słuchają go, samopas chodzą, na lewiznę chodzą. Rysiek prawie każde ze zdań wypowiada do połowy. Mówi do połowy jedno i w połowie zaczyna drugie, mówi do połowy drugie i w połowie zaczyna trzecie. A jeśli zdarzy mu się zacząć czwarte, to jest ono drugą połową pierwszego. W poezji, w poezji to tak tego nie widać, dlatego niedawno zaczął pisać prozę. Żeby się z tymi słowami za bary wziąć.
Jedziemy do wsi Drzeńsko, zaraz przy granicy, Drzeńsko koło Rzepina. Hamburg--Drzeńsko, specjalny autobus z niemieckim kierowcą, cały dla nas trzech, dla mnie i dwóch polskich artystów, dorabiających jako statyści, przy czym Rysiu i Jurek mówią, że nie o pieniądze tu chodzi, ale o przygody. Autobus wynajęła telewizja niemiecka NDR. Mamy grać Polaków do Niemiec jadących. Tytuł roboczy filmu – „Babcia nie żyje”. Film nowy, klisze stare, w autobusie czytam scenariusz. Z polskiej wsi, z Drzeń-ska właśnie, wyjeżdża polska babcia do polskiej córki, do Niemiec. Tam na drugi dzień umiera i córka jej i niemiecki zięć, nie mając pieniędzy na przewiezienie zwłok, pakują ją do deski do serfowania, deskę pakują na dach i przewożą ją, z perturbacjami natu-ralnie, do Polski. Fragment po przekroczeniu granicy: w barze zamawiają Polo-Oran-ge i Polo-Pils (nazwy wymyślone na użytek filmu). Po to, aby zagrał taki oto gag: turysta z Niemiec pyta ich, gdzie znajdzie tę znaną fabrykę, w której fałszują aparaty fotograficzne, Pola-Roid. I taka to komedia. Co jednak znamienne, dzisiaj, produkcja niemiecka, reżyser Włoch, babcię gra aktorka węgierskiego pochodzenia, a między nimi my i statyści rodzimi, z Drzeńska. My potrzebni jesteśmy do zamknięcia sekwen-cji, takich samych trzech musi wysiąść później w Hamburgu.
Wjechali my do wsi w południe, autobus z napisem „Polska Reisen” stanął na jej środku, pod samym krzyżem.
Wieś nas otoczyła, kiedy my wyszli, a Jurek, tak jak wyszedł, tak się rozpłakał, od razu, na miejscu.
- Popatrzcie na tą chałupę, to polska chałupa! Popatrzcie na ten płot, polski! Na te kury popatrzcie, polskie kury! Na tego koguta, jak on chodzi! Widzieliście, żeby tak chodził kogut w Hamburgu?
Fakt, nie widzieliśmy. I do drzewa podszedł, i twarz do niego przytulił. I tak stał chwilę, a potem je poklepał, jakby się zmówili. I kiedy przyjechał filmowy team i zaczęli my kręcić, reżyser zapytał kamerzystę, warum sein Gesicht so grün ist, co tłumaczymy jako, dlaczego jego twarz jest taka zielona? Powiedzieli my, że do Polski - się przytulił, co mieli my powiedzieć.
(...) Schodzę (...) prosto na zupę grochową z kotła, która przywiozło na plan wojsko. Skręcili my, gotowi, zjeść, pieniądze, i możemy wracać. Stoimy w kolejce do kotła, pół wsi z nami, każdy z tych statystów grających siebie zarobił za dzień tyle, że żyć nie umierać, powiedział Wiesiek, miejscowy obyty, co to już był i tu i tam, ale nie wyjechałby nigdzie, Polak to jest Polak, Niemiec to jest Niemiec. A on jest Polak, choć każdy Polak to dziad.
Jemy, pogoda jak drut, chociaż marzec, Jurek płacze nad talerzem, polska gro-chówka, powtarza, a Wiesiu obyty tłumaczy, dlaczego każdy Polak to dziad. Bo jak mu powiesi, żeby szedł prosto, to idzie krzywo, a jak ma iść krzywo, to idzie prosto. Jak krowa, co się zbiesiła.
Pobrali my pieniądze i żegnajcie wierzby, jedziemy, jeszcze tylko mięso i kiełbasę po drodze w Rzepinie i wracamy. Wsiadamy do „Polska Reisen”, machamy wsi i zaraz jesteśmy w Rzepinie w „Delikatesach”, każdy z nas bierze po 10 kilo. Bierzemy tak, bierzemy polędwicę wołową, wołowe na tatar, schab, szynkę, białą, krakowską. Sprzedawczynie pytają Jurka, dlaczego taki zielony, czyżby był, hi, hi, ufo, taszczymy siaty do autobusu, odpędzamy psy nogami, co się z całej wsi na zapach zbiegły. Jurek płacze, że polskie psy kopiemy, ale wsiadamy, wsiadamy, późno się robi, rano muszę być w pracy.
Granica, celnik niemiecki nas sprawdza, Jurek śpi z twarzą w miechu akordeonu, celnik go budzi, chce go zobaczyć, widzi i dziwi się, podpadamy mu, pyta, geht’s Ihnen gut, sie sehen so grün aus, co tłumaczymy, czuje się pan dobrze, taki pan zie-lony? Podpadamy mu, każe nam wyjść z autobusu, otworzyć bagażnik i torby, a tam wiadomo, polędwica wołowa, wołowina, tatar, schab, szynka, biała, krakowska, na co on celnik niemiecki
- tyle mięsa?! A Rysiek
- bo właśnie moja córka, no i dlatego właśnie. Żeby pan przymknął oko na jej ślub. - Puść nas pan przez tą granicę, panie celnik
mówię, bo widzę, że nie ustąpi, a on, że niby dlaczego ma nas puścić, a ja
- a chociażby dlatego, że to jedyna rzecz, jaką dali my, Polacy, wam, Niemcom. Granica to jedyne słowo polskie, panie celnik, jakie przyjęło się w niemieckim języku. Nic nie daje, chociaż prawda, nie puści nas z tym, za dużo, wyrzucić mamy, albo nie przejedziemy. Wyrzucić? Mamy rzucić mięso, skąd jego chów? Łaski bez, wra-camy, kierowca manewruje autobusem, trudno wyjechać z pasa, jak już się nań wje-chało, machamy rękami, wyprowadzamy go i jedziemy dalej, na inne przejście, może uda się w Świecku. Granica w Świecku, celnik nas sprawdza, Jurek śpi z twarzą w miechu akordeonu, celnik go budzi, chce go zobaczyć, widzi i dziwi się, podpadamy mu, pyta, geht’s Ihnen gut, sie sehen so grün aus, co tłumaczymy, czuje się pan dobrze, taki pan zielony? Podpadamy mu, każe nam wyjść z autobusu, otworzyć bagażnik i torby, a tam wiadomo, polędwica wołowa, wołowina, tatar, schab, szynka, biała, kra-kowska, na co on
- tyle mięsa?! A Rysiek
- bo właśnie moja córka, no i dlatego właśnie. Żeby pan przymknął oko na jej ślub. - Puść nas pan przez tą granicę, panie celnik
mówię, bo widzę, że nie ustąpi, a on, że niby dlaczego ma nas puścić, a ja
- a chociażby dlatego, że to jedyna rzecz, jaką dali my, Polacy, wam, Niemcom. Granica to jedyne słowo polskie, panie celnik, jakie przyjęło się w niemieckim języku. Nic nie daje, chociaż prawda, nie puści nas z tym, za dużo, wyrzucić mamy, albo nie przejedziemy. Wyrzucić? Mamy rzucić mięso, skąd jego chów? Łaski bez, wra-camy, kierowca manewruje autobusem, trudno wyjechać z pasa, jak już się nań wje-chało, machamy rękami, wyprowadzamy go i jedziemy dalej, na inne przejście, może uda się w Kołbaskowie, jedziemy, pniemy się w górę granicy, nocą, Jurek mówi znowu o gwiazdach, patrzcie na te gwiazdy, kurwa, to przypadek? Same się ułożyły?! I gra, Rysiek mówi, niech gra, jak gra, to ma ręce zajęte i nie może pić, Kołbaskowo, celnik niemiecki nas sprawdza, Jurek śpi z twarzą w miechu akordeonu, celnik go budzi, chce go zobaczyć, widzi i dziwi się, podpadamy mu, pyta, geht’s Ihnen gut, sie sehen so grün aus, co tłumaczymy, czuje się pan dobrze, taki pan zielony? Podpadamy mu, każe nam wyjść z autobusu, otworzyć bagażnik i torby, a tam wiadomo, polęd-wica wołowa, wołowina, tatar, szynka, biała, krakowska, na co on
- tyle mięsa?! A Rysiek
- bo właśnie moja córka, no i dlatego właśnie. Żeby pan przymknął oko na jej ślub. - Puść nas pan przez tą granicę, panie celnik
Mówię, bo widzę, że nie ustąpi, a on, że niby dlaczego ma nas puścić, a ja
- a chociażby dlatego, że to jedyna rzecz, jaką dali my, Polacy, wam, Niemcom. Granica to jedyne słowo polskie, panie celnik, jakie przyjęło się w niemieckim języku. Nic nie daje, chociaż prawda, nie puści nas z tym, za dużo, wyrzucić mamy, albo nie przejedziemy. Wyrzucić? No właśnie. Łaski bez, wracamy, kierowca manewruje autobusem, trudno wyjechać z pasa, jak już się nań wjechało, machamy rękami, wyp-rowadzamy go i jedziemy, ale dokąd, co dalej?
Mamy plan, wracamy, wracamy do Słubic, tam gdzie przejście dla pieszych, przez most. Jedziemy, spadamy w dół jak kropla deszczu po szybie, Jurek mówi znowu o gwiazdach, patrzcie na te gwiazdy, kurwa, to przypadek? Same się ułożyły? I gra, Rysiek mówi, niech gra, jak gra, to ma ręce zajęte i nie może pić, znowu Słubice.
Wysiadamy przed mostem, wyjmujemy to mięso, Rysiek, Jurek, ja i mięso zos-tajemy, kierowcy tłumaczymy po niemiecku, żeby przejechał na drugą stronę i tam czekał na nas na parkingu. Kierowca odjeżdża, Jurek zostaje przy mięsie, a my z Ryśkiem, jako „mrówy”, bierzemy po dwa kilo i ruszamy, idziemy na most. Przecho-dzimy, podchodzimy do autobusu, kierowcy nie ma, poszedł gdzieś, autobus zam-knięty. I co z tym mięsem?
Rysiek zostaje z nim przy autobusie, a ja wracam do Jurka. Wracam, wróciłem, biorę dwa kilo, idę na drugą stronę, składam mięso Ryśkowi i wracam do Jurka. Dwa kilo, na drugą stronę, składam i wracam.; Znowu dwa kilo, most, składam, wracam. Mięsa przy Jurku coraz mniej, przy Ryśku coraz więcej. Dwa kilo, most, skła-dam, wracam. Jurek się obudził i coś tam grać zaczął, pcha mnie jego muzyka do połowy mostu, a od połowy przejmuje mnie głos Ryśka. Jurek gra, Rysiek śpiewa, jakąś piosenkę z ich programu „Reemigranci”. Składam i wracam. Tylko na środku mostu słyszę ich obydwu, ale nie można mieć wszystkiego naraz, chyba że stanę, zatrzymam się, ale co to za życie, stać, trzeba chodzić, z jednej kupki brać, na drugą składać. Zbierać, przenosić, taszczyć, pchać to mięso pod górę, nawet przy świadomości tego, że się nie dotacha. Ha, śmiałem się do siebie, kiedy powoli, powoli zbliżał się kres mojej drogi, ha, śmiałem się do siebie, co to znaczy, idź, nawet wiedząc, że się nie uda? Humor dobry przeto miałem, choć nogi właziły mi do dupy. Policzcie sami, ile razy trzeba przejść most, żeby przenieść trzydzieści kilo po dwa razy! No, żebym nie przesadził, minus dwa kilo, które przeniósł za pierwszym razem Rysiu i minus..., zaraz, bo kierowca już był, kiedym przyszedł, a przy Jurku zostało sześć kilo, kierowca już był, gdzieś tam łaził i przyszedł, otworzył nam bagażnik i schowali my mięso, i Rysiek powiedział, że pójdzie ze mną, bo zostało sześć kilo, każdy weźmie po dwa i koniec, no tak, pewnie, już półprzytomny byłem z tego noszenia, a tu jeszcze liczyć, więc trzydzieści kilo minus dwa, które wziął za pierwszym razem Rysiek i minus sześć, które weźmiemy zaraz we trójkę, więc policzcie sami, ile to razy trzeba przejść przez ten most. Jedenaście razy trzeba przejść! Plus ten ostatni, zaraz, czyli dwunasty, idziemy z Rysiem do Jurka, ale ludzi tyle na moście, że przejść trudno, choć noc. Mówią, że zaraz ma ktoś płynąć łódką, jakiś dziwak. Przeciskamy się, jakoś się prze-cisnęli my, idziemy i coraz bar-dziej Jurka słychać. Gra jak sza-lony, wstał z miejsca i gra, stoi na chodniku i gra tak, że Piaz-zolla się w grobie budzi. Stoimy i słuchamy, a on twarz ma jak korę, całą zieloną w paski, bo na poduszce z miechu spał. A włosy jego jak korona, a ręce jak gałę-zie na wietrze, raz rozłożone, a raz nie. Coraz więcej ludzi wokół niego, bo wyglądało tak, jakby to drzewo na akordeonie grało, a to on, wnuk dziadka z Drohobycza, sługa gwiazd, któ-ry naraz zamilkł nagle tak, jakby się rzeczywiście drzewem stał. Zamilkł, ręce opuścił i utkwił wzrok na moście.
Obrócili my się i znierucho-mieli, tak samo jak on. Autobus z napisem „Polska Reisen” zatrzy-mał się koło nas, a kierowca wychylił się z okna i powiedział, was macht ihr hier so Lange? Ich habe so Lange auf euch gewartet, da dachte ich mir, komme rüber, euch abzuholen, co tłumaczymy, co tu robicie tak długo? Czekałem i czekałem, to pomyślałem, przyjadę po was.
Ludzie chodzili wokół nas, a my stali jak trzy słupy soli, bo słony smak poczułem w ustach, kiedy spłynęła do nich z oczu moich łza.
Co mieli my robić, wyciągnęli my całe mięso z autobusu i rozpalili ognisko. Za dużo go było na jedno, rozpalili my drugie, potem trzecie. Ludzie zaczęli się do nas schodzić, kurwy zaczęły się do nas schodzić, psy się zaczęły do nas schodzić.
Smażyli my, a zapach szedł po całej Europie. Wiesio się nagle wziął. Skąd? Jechał za nami, moje zdjęcie w Drzeńsku zostało, adres nasz wziął i jechał. A my tu. Takie szczęście miał. Że nas dogonił. Bo my tu. No i mi dał, to zdjęcie.
Smażymy, zapach idzie po całej Europie Środkowej, myślę o tym, jak mama robiła tatar, wkładała mięso do dziury i mieliła. Jedna rzecz zmieszana z drugą w postaci jajek i cebuli. A potem kropidło przypraw, kto by przełknął tę przemieloną przez siebie treść, gdyby nie kwestia stylu?
Schodzą się do nas rybacy, koczujący przy granicy Cyganie się do nas schodzą, schodzą się zmarznięte kurwy z Bułgarii, Rumunii i Rosji, schodzą się myjący szyby przed przejściem i schodzą się wszystkie psy. Jak poganie w Sobótkę, tak wyglądamy my, Jurek gra na akordeonie, Cyganie skaczą przez ogień, kurwy robią striptiz, Rysiek deklamuje łowiąc ryby. I krzyczy nagle, że coś ma, i wyciągnąć nie umie. Nie puszcza to coś, więc my do niego, idziemy, doczepiamy się, jeden po drugim i ciągniemy. I ciągniemy my. Aż świtać zaczyna. Mgła schodzi z wody. Po drugiej stronie rzeki tacy jak my, z wędką, tylko że naprzeciwko. Haczyki nam się, kurwa, splątały, krzyknął Wiesiu. Oni krzyczą, macht unsere Angel frei, co tłumaczymy, guście naszą wędkę. My krzyczymy, guście wy naszą, bo jak, my puścimy, nasza pójdzie. I ciągniemy, a oni te. My tu, oni tam. Raz haczyki po jednej stronie rzeki, raz po drugiej. Raz oni trochę do wody, raz my. Autobus „Polska Reisen” stoi na moście, kierowca trąbić na nas zaczyna, spieszy mu się, a my ciągniemy. Trąbi coraz bardziej zaciekle, coraz bardziej przeciągle, aż w końcu trąbi bez przerwy. Jakby wybiło piętnastą i wyły syreny na koniec pierwszej zmiany w azotach i Blachowni, jakby do domu wrócić miała mama, powiem Wam dzisiaj, świat cały był wtedy jak osada.
Inni kierowcy zaczynają trąbić, jeden za drugim. Bo jedni myślą, że to na znak protestu, drudzy, że na wiwat. Tak już to jest, co drugi ma pierwszy powód, a co drugi, drugi. Dlatego trąbią zaraz wszystkie samochody w Słubicach i wszystkie samo-chody we Frankfurcie. Huk jest taki, że ryby do morza płoszy, a my stoimy napięci do granic wytrzymałości. Najgorsze jednak to, że pół to tylko biedy. Bo drugie pół, w związku z misją naszych rąk, drugie pół to absolutny brak możliwości zatkania sobie uszu.
Kwiecień 1997
Janusz Rudniki, „List z Hamburga (22) - Chrobotek reniferowy”, miesięcznik „Twórczość”, nr 6/czerwiec 1997 r., str. 77-78, 82-86







Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób.
Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!









