Nowa Ruda

Menu

Dzisiaj wizyt: 280

Kanal RSS

 Reklama  

Oni lubią nas
a my lubimy ich.

Przyjaciel Domu

Piast

MOK

Sudety.it

www.kobak.prv.pl - Jazda Konna w Siodle, Górska Turystyka Konna - Overo

www.western.one.pl - Dolnośląskie Centrum Westu - Nowa Ruda


Linki sponsorowane
  LITERATURA: Karol Maliszewski INWAZJA I INNE WIERSZE
I

Wielkanoc

A nie ma jednej kawki w powietrzu, która by nie spała przez jedną noc życia w spokojnym gnieździe. Lecz o mnie Bóg zapomniał.
J. Słowacki

To było w marcu we wtorek;
zamarzło pod nogami grząskie oparcie
dla paru przebiśniegów.
Z pudła schodów wychodziły dźwięki,

rury jak żywe wiły się pod tynkiem.
Pokrywała się grubą warstwą śniegu
trawa zieleńsza od wszystkiego.
W górach tłoczyło się nowe powietrze,

by nazajutrz zasypać światłem podwórze.
Trzaskały bramy, przelewała się rzeka,
nic nie mogłem zmienić zapisany w księgach.
„Chrystus chuj” wołali wysłannicy piekła.



Na chwilę

Nie wiem, co powiedzieć.
Rtęciowe chmury nie zebrały pochwał.
Wraz z deszczem spadły i oklaski.
O bruk uderzają ryby chwil,
wulgarnie popychane naprzód. Zawsze jest coś,
na czym zależy coraz mniej.
Był pochód w śródmieściu, ale mnie tam nie było.
Oni naprawdę mają tylko to: puchar
zdobywców pucharów. Jakiś mecz, pokaz, naręcze
urzędowych pism. Nie wiem, co powiedzieć.
Jak zainteresować chwilową poezją.



Kafejka przy klinice

Teresa, kobieta Wojaczka, walczy
z siwizną. Woli piwo.
Ja proszę małą kawę.
Przy sąsiednim stoliku ktoś pyta o sens.
To dotyczy wszystkich, dlatego drżą nam brody.

Łatwiej daje się głowę
niż odpowiedź.

Niektórzy psykają na kelnera o twarzy
Boya-Żeleńskiego.
Patrzę na nich i już wiem, co znaczy
ulotnić się

i tkwić jak dwutlenek węgla
w górnych warstwach atmosfery.

Co z ciałem, które podarowane klinice
będzie jeszcze raz z duszą
w komitywie

uchylać się od odpowiedzi?



Dzień Nauczyciela

W kuli pływa martwy kwiat, prezent od klasy.
Gdy dmucham, to wstaje.
Wietrzy, skąd nadciągnie pochwa świata,
kaptur sokolnika przesłoni mu oczy.

Powędrowałem dzisiaj wzdłuż hałd,
by odkryć kolonię półzapadłych domów.
To stąd przychodzą dzieci, owiane
kwaśnym wiatrem, ze stęchlizną w płaszczach.



Marcowa piosenka

Kolejny samotny dźwięk
nakłada się na to, co już oswojone.
Nie chciałbym być kotem za drzwiami;
zdaje się wszystko słyszeć,
drżenie i ciepło bijące od naszych ciał.

Wiersz pisze się na odwrocie starego,
niektóre słowa podają się za siebie,
puste miejsca zapełniają się
w milczeniu. Kot płacze jak dziecko;
podrzucone przeznaczenie.



Kartka od Kazika Brakonieckiego

Marianowi Półtoranosowi

Pisz dalej. Nie przeszkadzaj sobie
w locie, aniele boży, utrwalaj;
i dość regularnie rzucaj się z wieży,
trafiając w sam środek tarczy –
z leszczyn, głogu, jeżyn.


Zaczyna się. Ziemia ciężkich półotwartych stodół.
Wsuwam się w to jak klocek,
moduł do uzgodnienia z Najwyższym –
wymiary są podzielone, piasek słońca,
rzepak oddechu (oddech rzepaku) w odpowiednim świetle.
Dzisiaj mam oczy. Wiozę je przed siebie.
Obudziłem się, żeby pisać. Mam mowę. Drzewa słuchają.
Nie mają wyjścia przy torze.
Mak we mgle. Ktoś go postawił
na jedną kartę, wypływa z tej żyły.
Nie chodzi o jakieś drżenie.
Trzeba jeszcze dalej, w głąb siebie,
ciemnym brudnym pociągiem.



Wyniesione; ze szkoły

„Najbardziej chciałbym latać” pisze
uczeń IV b Patryk Burblis.
Najbardziej chciałbym objaśniać tajemnice
trójcy świętej (prawda, piękno, przeznaczenie)
za pomocą koniczyny. Najbardziej chciałbym
stworzyć system (mieć higieniczną
podpaskę na każdą okazję.
Tylko swoją. Nie wymieniać się
z koleżankami.) Właściwie już go mam,
tylko „ja” nie znajduje słów.
Potem wypuścić węże z siebie.
Oczyścić wewnętrzną Irlandię.
Najbardziej chciałbym śpiewać, chodząc po niej,
niczego nie depcząc.
Śnić, że jest coś jeszcze świętego na świecie.
„Mieć piękną gospodarkę i jeździć koniem,
a na ślub pojechać do kościoła
bryczką” pisze Marcin Krupa.




Tęskność (w kwietniu)

Annie i Tomaszowi Węgrzynowskim

Burza kwietniowa
jak nowa – ze śniegu
się bierze, z wielkich kałuż,
w które wpada słoneczny
patrol jaskółek,

pierwszy raz słyszę taki skwir
od czterdziestu,
natrętne przebieranie,
przebieganie wbrew
utartym na pył,
połysk powietrza; wybuch drzew:
las od podszewki,

z mgieł, z rozjechanych żab
(Romeo spod olchy
chciał w skok przebyć wieczność,
wpadł w poślizg).

Julio z rowu, Tysbe z piany –
to ja, wpuść mnie.


II


Do widzenia

W dniu, w którym wydrapano na moim samochodzie
nieortograficznego „huja”, zrozumiałem,
ze mam od życia dokładnie to, co mi się należy.

Rachunki toczone nad moją głową,
stają się z biegiem czasu i chmur
coraz bardziej przejrzyste.

Wszystko się zgadza w tej czasoprzestrzeni.
Liczba oddechów i zamierzeń dąży do nieskończoności.
Coraz krótsze sny wyjawiają nieprzyjemną resztę.

Do następnego przelotu komety.


Hic et nunc

Nic nas nie wytłumaczy
Horacy

miasto ciemnieje, Rzeszów
ale gdzieś tam jest Wiedeń
i Lipska

ja mam samego
siebie, żarzy się śnieg na ulicach

w schronisku nie palą, sztywne są kartki
czytanego tomiku (Czerniawski)

myślę o poetach, którzy się rodzą;
jak sobie wytłumaczę
ich kamienne twarze




Wstyd. Miasteczko górnicze czeka swego końca*

W dniu, w którym otrzymałem zaproszenie
do wzięcia udziału w dyskusji o przemocy, razy
sypały się gęsto w wielu szkołach świata.
Ojciec Łukasza C. zajrzawszy do
podsuwanego przeze mnie dziennika,
dopisał się do długiego szeregu
wkurwionych ojców. Chłopak smarkał krwią.
Ja cię chyba zabiję. Dość mam tego wstydu.
Dwa lata temu matka Łukasza C. musiała
wzywać pogotowie. Czuję ból w całym
ciele, podskórne dzieciństwo.
Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się,
ty już wiesz za co.

Nie wiem do dziś. A kiedy na wuefie
Rafał D. kryje się po kątach
i nie chce wyjść z szatni, wiem, że dziś znowu
przyniósł wytatuowaną na skórze mapę
niedoszłego powiatu. Jego ojciec krzyczał
na zebraniu, jesteśmy prowincją,
będziemy jeszcze większą. W prowincjach
bólu mieszka strach. Ja cię chyba zabiję,
dość mam tego wstydu. A kopalnię i tak
zamknęli. \"Przemoc jest tam, gdzie nie ma Sensu.\"

Paweł A. nie chce się przyznać. Wreszcie
wybucha płaczem. Tak, robi to codziennie.
Matka musi klękać, a potem pełznie
po podłodze. Ojciec każe mu patrzeć,
jest ciągle pijany. Paweł moczy się w nocy,
ma kłopoty z nauką. Szkolny pedagog triumfuje,
teoria konweniuje mu z przypadkiem. Śnieg,
śnieg na te rany. W kwietniu? Cichy,
zalękniony śnieg. Pójdziemy go deptać,
chłopaki. A jutro w kosza z siódemką.
Dopierdolimy im. Jak nie tak, to inaczej.
Jacek F. wie, że ma faulować.

Marcin B. mówi coś o egzaltacji.
On jest nowy. Będzie uczył wosu.

*publicystyka drobnego gniewu




Mniej więcej

Nikogo nie ruszy, nie dotknie
nie będzie odnotowane
nie będzie kandydować

tym bardziej pisz na nic

dla czarnych ścian druku
dla kolumn których nic nie oplata

dla Julii Hartwig
dla żołnierza na przepustce
zaglądającego w zeszyt z braku miejsc

dla tych którzy się nie liczą
mniej więcej jak ty



Okno

Widzę, gdzie palec wskazuje
na szaro zrobiony wschód,
wychodzi z wody

Ośliniony wkłada się do ust,
błyśnie między grządkami, jak
między zębami poszarpanych wzgórz

Chciałbym widzieć w tle,
co tło sobie uzurpuje,

chciałbym, żeby to Bóg
z pytaniem: czy świat stać na coś więcej
w oknie?


Ranis w październiku

Stefanowi Szymutce

Gonią nas wielkie krople deszczu
uciekamy w popłochu stromymi schodkami
nie zważając na dystynkcje i narodowość
Polak Jens okrywa płaszczem Niemca Bogusława
nie jest to zgromadzenie pedałów
klerków czy kogoś w tym rodzaju

robotnicy słowa
gastarbeiterzy wolności
po skończonej robocie wycieramy ręce
w fartuch kombinezon
po chwili wiatr cichnie i od strony zamku
znów drepcze deszcz
i to jest jak perswazja
monotonna cierpliwa
mówi się mówi się proszę nie przerywać

i tak do skończenia świata



Lipno Nowe

na posiedzeniu omówiono upadek literatury
potem kultury wreszcie świata

z prasy lit.

Nie chciało się czymś wyróżnić na mapie
nie było w pobliżu krzyża pokutnego
stanowiska czarnych bocianów

jedynie siedem wypadków
na przejeździe




Przedwiośni e,


lekcjo samotności, czacie bez samogłosek

i przychodzi się wielu rzeczy domyślać
(nie chce się wierzyć, że jest ta godzina

jak wyrzucona fala deszczu
na brzeg, o skałę miasta)

o świt twardy jak zmarznięte gówno.




Inwazja

Liżą mnie niewidzialne języki,
te drobne ukłucia świadczą o zarazie.
Rozsiada się statecznie flotylla dmuchawców
i w skórze zakłada kolonie karne.

Plotkuje mną powietrze,
wypluwają wyspy i robią sobie g-rzeczną przystań,
daję się łatwo rozsmarowywać na kromce
z kosza, pod grochówkę z menażki
w trzecim dniu poligonu.
Czwartego dnia będą jedli Podsiadłę,
to ich naprawdę wzmocni.

Szczątki dawnych poetów, na widok których
panienki sikały, plączą się z dźwiękami
przebojów puszczanych z głośników na wzgórzu.
Disco polo wchodzi łatwo, nic nie
boląc, jak świeca. Poeta nie.

Poeta się pierdoli, rwie, stwarza
problemy językowe: podmienia
znaczenia, podmywa dawno wykrystalizowane
pojęcia, przestawia minerały akcentów
w glebie i na półkach zbieraczy,
którzy właśnie tracą cierpliwość
i mówią głośno, przez szybę i folię,
przez celofan do kwiatów: chuj,
aż biedne chylą swe potulne główki.

Lepiej by wam było polecieć w kosmos.
Zacząć nowe życie na Marsie,
a nie na przedramieniu. Za chwilę
sięgnę po szmatę w wiadrze i środki
czystości. Zegnę was w łokciu i wypluję.

Będziemy wspominać zgłoskowcem, w tercynie.



III

Z Wrocławia

Jackowi Łukasiewiczowi
w drodze z-


Czarny płomień w dębowe zarośla
uderzył, odskoczył i wiem, że tam jest

Ślęża, zapowiedź moich stron;
smugi soli na szosie

po gwałtownej zimie.
I człowiek w półmroku „nic

go nie powstrzymie”, skostniał,
ale macha jak jakiś skrzydlaty

(wiatrak, anioł), „by spojrzeć rodzinie
wiesz pan ostatni raz, a potem

w dębowe znaczy się ubranie”;
a mnie jakby czarny płomień

uderzył, odskoczył, kim ja
w tym karawanie; Charonie,

podaj dalej i oducz powietrza.

„Jak ją wyściskam będzie ona letsza”.




Liryka lokalna

Ścięty w polu stary sad,
czarne pieńki w ustach krajobrazu;
rumian zakwitł (jeszcze raz),
błędny ognik ciepłych listopadów.

W Wambierzycach cztery dzwony
złożone do grobu; głuche stoją
w szczerym... Uderzam kamieniem,
syn poprawia z drugiej;

zapomnianym imieniem,
chyłkiem, miedzą, wzgórzem
przeciska się jęk.
„Idźmy. Kogoś boli.”




Ostatni wiersz dla matki

światło rdzy
kryjesz ty


Rdza traw, ta rozpacz,
pod bukami przepaść;

przepaść rozpatrz
z góry, przyklaśnij do echa.


Tam przerzuca miasto
zmarłych, stąd światło

na wzgórzach; rozrasta się
cmentarz, rozpycha

jak nowotwór; grząskie pola
równa spychacz,

potwór w snach dziecka;
mamo, pamiętasz

mnie z tamtych przerażeń;
iść na swój grób trzeba odważnie




Jestem w wierszu Celana

Szronem, Karkonosze, szronem
i parasolem, który wypadł z ręki;
ktoś teraz klęczy, żeby
schwytać rzecz znoszoną

prądem, wiatrem. Słońcem,
Karkonosze, słońcem
na drugą stronę,
rozszczepione promieniem

zjeżdżają w cień; po czesku
o coś pyta w okularach,
złazi z niego plecak:
v basni napodobuji Celana

Dolina
Teresie Ferenc i Zbigniewowi Jankowskiemu

Moja dolina jest bardziej od twojej,
boś nie tknął palcem w jej sprawie.
Zza góry prosto w moje oczy
twoje słońce. Ocknęły się tunele, ze zboczy
wypełzły pierwsze pociągi. Strzelista proteza
wiaduktu podpiera błękit – w Wogezach
widziałem coś podobnego; cierpliwie czeka

na rzecznym progu
skład skromnych dziesięcin –
butelka z plastiku skacze, kręci
wśród fałszywych zeznań, piany
i bełkotu. Gazetowe strzępy,
worki, podpaski, kasztany,
noski i skrzydełka.
Wieś nazywa się Raszków,
a rzeka Tuchełka.



Bez tytułu

Kiedy jedziesz, pchając widmo samego siebie
w pokrzywy, łopiany
i coś szamocze się w trawie aż po rdest,
ruch szprych jak metronom, i płoszy się rytm

wróbel, jaszczurka, szczur?

Kiedy przegrywasz, spóźniasz się na start,
potem tylko krążysz w formie opowieści,
zanurzasz się w trzecią burzę tego dnia
i suchy jest tylko liść nerwów, i spada na czoło

wróbel, jaszczurka, szczur?

(Kiedy wreszcie przyjdą spieniężyć dom,
w którym czekasz na „lepszą” przyszłość,
podejdź do okna, rozłóż ramiona,
wgarnij w siebie świat jaki jest,

wróbel, jaszczurka, szczur?)



Piosenka z września

W tych dniach ucieczki Boga
na chmurach tłustych, ołowianych,
gdy świat w obręczach tęcz
wił się cichutko, bez zbędnych burz;
długo widziano tylną straż
na białych osłach, w kłębach par.

Bóg pono uciekł na południe;
tutaj pozostał smętny namiot,
cyrkowa buda pełna szpar;
w prześwity ktoś monstrancję pcha
i słychać tupot, równy krok
smutnych, poważnych września dni.

A to jest deszcz, jesień po trochu
rozdawać chce perkale szarug;
przypatrz się Bogu, czy jeszcze jest
na obrazkach, odpustach, w rękach staruch;
czy jeszcze tęczuje cud w kałuży,
czy żyć się da w ciemności dłużej.



Jeszcze wczoraj październik

Bohdanowi

Z grzybobrania wprost przeszli na groby,
pusty jest las, zarośla jak znicze
palą się, czerwienią, kruszą się na miedzach.
Ciepło, wciąż ciepło – w swetrach
na cmentarzach, koszą kozikami
niewidzialne chwasty; obok na barierce
niepotrzebna kurtka. Jestem tu, gdzie jestem,
grób zarósł, a samochód utknął –

nad lasem rozpaczliwe próby
zaistnienia słońca. Wiatr czuby
świerków przygina i ostrzy,
by niebo przybić do ziemi,
przywiązać.



To są Góry Sowie

To są Góry Sowie
(nazwa taka sobie,
wykradziona Niemcom),

a to jestem ja, napis,
rysa uczyniona gnejsom.
But chrzęści na żwirze.

Tak jest, gdy człowiekiem
kołysze bezmiar wód
i nie może dosłyszeć,
co się mówi do niego
zza krat, tylko mgła i szum.


Mgła pachnie kartofliskiem,
wiatr kieruje wszystkiem;
i nie mogę zawisnąć,
nie mogę zachłysnąć

jak ptak, jastrząb księżyca,
co jeszcze dzisiaj zachwyca,
jutro z pierwszym mrozem
zaczną go przeklinać.

Idziesz, opisujesz.
Nikt tego nie czyta.



Kościół w Drogosławiu

widziany przed odlotem
Rozalii Linke, Marii Sztorch,
skłóconych sąsiadek,
które pogodził cios
niewidzialnej włóczni –
anioł się uwijał za dwóch,
las pod oknem niemiał i głuchł;

widziały czerwony, stromy dach,
z bliznami okien uniesionych jak brwi,
odlatywała od korpusu jak głowa
sygnaturka drżąca, nerwowa;
coś było z powietrzem nie tak,
dawany i powstrzymywany znak,
nie czuły w sobie plusku krwi,
nigdy nie były na takiej mszy.

Co chcesz powiedzieć,
wykrztuś teraz –
z księgi doliny robi się książeczka
szybko wkładana do kieszeni płaszcza;
i ten inicjał, pokrętna litera
z czerwonych cegieł. Kościół w Drogosławiu
widziany z wysoka.



(...)*

W pudełkach, w których mieszkam,
jest dużo zielska.
Skrzypią podłogi w pudełkach,
w których mieszkam.

Pudełko podwórka; i ktoś tam nosi
ciasne półbuty po mnie;
pudełko tarasu, jestem ubogi,
uboższy o dach nad głową.

Pudełko ulicy otwierane czule,
zamykane z drżeniem –
dziecięca twarz słońca zagląda
do królika w sianie, podsuwa mu liść.

W pudełku, w którym śpię,
są rośliny; najczęściej paprocie,
skrzypy odciśnięte w węglu,
jest pleśń od północnej strony

i mrowisko, co ogryza na kość.
A tamto pudełko to starość,
z pergaminu zsuwa się sznur
... rozwiń, rozwiń se

ostrożnie przymierzając
zmarszczki, brodę, żałość.
W pudełku życia na dnie
to, co ci pozostało.


* dla Alka Radomskiego



***

Jak igła do zszywania owiec
lśni w szronie wieża kościoła w Głuszycy

i są jagnięta na wzgórzach
zziębnięte, zdziwione.

Więc to ty jesteś świecie,
o którym tyle szeptano we krwi.

I trzeba skubać to szare, szkliste.
Białe strumykami w dół, będzie pluskać.

Czarne, okopcone sunie
po wiadukcie. Koń przejechał.

Skąd wiem, że koń? Każdy widzi
dwukółkę, bat, parujący asfalt.



(...)

Wspiął się i patrzy w bystrza Woliborki
pies wyrzucony wcześniej z samochodu –
czy widzi twarze, co przestały kochać,
może przyszłość świata, podkulony ogon –

samotny na wietrze, zjeżony,
przekrwiony jak oko,
którym widzi nurt –

bo jego rzeczy zostały pod wodą,
miał tam dokumenty,
smyczkę i kaganiec;
rzeka robi zdjęcia i podaje dalej –

wścieka się na pianę,
gryzie łańcuch brzegu.

*
To jest wiosna,
gdyby ktoś nie wiedział;
coraz więcej psów
wpatrzonych w ciemną wodę.




Wygasić silnik, zatrzymać pęd

Jesteś rosą, którą chciałbym pić
z brudnych rąk tego świata;
jeśli masz na imię Ewa,
to znaczy, że można zacząć od nowa.

Mam przed sobą dwie drogi,
dopiero później zauważę trzecią –
przez rzekę. Jej szmer
narasta na kamiennym progu, krzyk –

gdzieś urywają się telefony, blokują łącza;
tu myszołów zapala i gasi
niebo w regularnych odstępach,
jak strażnik dróg;

słyszę szum, jestem w środku,
wodospad świata
dotyczy mnie bardzo,
obejmuje chłód.




Zapowiedź

To są przecież groby, mamrocze
dziecko; nie mów tak o górach;
niesiemy drabinę ku wyniosłej
gruszy, jabłko w woskowinę
chroni się przed mrozem;

to jest przecież cmentarz, spójrz,
tato, w obłoki, szkielet
goni szkielet, i jeździec
bez głowy; góry (przez graby)
zdrobniałe, zgrabiałe;


parowozy zatraciły się
w polach po osie, po rdzę.
Za tobą głos ze stacji
krzyżowej, ksiądz ma
mikrofon; to jest przecież miasto

dochodzące z dołu.
« Powrót | Dodano: 2003-03-13 | Komentarzy: 0 | Odsłon: 686 |  | Drukuj

Komentarze:

Hasło:
Autor:

Komentarz: /300 max

Info Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób. Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!

Menu
Maj 2008
N Pn Wt Śr Cz Pt S
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

 OŚRODEK WYP...
Zespół Wczasowy FWP Międzygórze
Cena: od 25 do 35

donate

  ^Top^

   spampoison    Strona zgodna z HTML 4.01   Korzysta z Apache   Korzysta z MySQL   Korzysta z PHP   Najlepiej czytaj w Firefox   Katalog Stron
Wszelkie prawa zastrzeżone (c) Nowa Ruda 2002-2006 Kamil Kobak
Aby lepiej oglądać wciśnij F11     www.nowaruda.info