(...)
Wspiął się i patrzy w bystrza Woliborki
pies wyrzucony wcześniej z samochodu –
czy widzi twarze, co przestały kochać,
może przyszłość świata, podkulony ogon –
samotny na wietrze, zjeżony,
przekrwiony jak oko,
którym widzi nurt –
bo jego rzeczy zostały pod wodą,
miał tam dokumenty,
smyczkę i kaganiec;
rzeka robi zdjęcia i podaje dalej –
wścieka się na pianę,
gryzie łańcuch brzegu.
*
To jest wiosna,
gdyby ktoś nie wiedział;
coraz więcej psów
wpatrzonych w ciemną wodę.
(notatka robocza)
liryka ma być lokalna,
a wiersz zwięzły:
krótki i związany;
“bierzesz z tego, co z-wokół
wdrapuje się na cokół
spojrzenia,
i ma być od niechcenia”.
POETA PISZE O POGODZIE
Zimę wziąć
w ramiona, bo może
ostatnia (ziemię wziąć
pod siebie, bo chcą
w Ratnie kawałeczek
sprzedać);
wynurzyć się, zanurzyć
w śniegu listopada,
bielszy i cieplejszy
od swego sąsiada; lepiej patrz
w kalendarz, w twarz
pełną grymasów, zmarszczek
i załamań;
najpierw przestań kłamać.
STANCE
Ścięty w polu stary sad,
czarne pieńki w ustach krajobrazu;
rumian zakwitł (jeszcze raz),
błędny ognik ciepłych listopadów.
W Wambierzycach cztery dzwony
złożone do grobu; głuche stoją
w szczerym... Uderzam kamieniem,
syn poprawia z drugiej;
zapomnianym imieniem,
chyłkiem, miedzą, wzgórzem
przeciska się jęk.
“Idźmy. Kogoś boli.”
JESTEM W WIERSZU CELANA
Szronem, Karkonosze, szronem
i parasolem, który wypadł z ręki;
ktoś teraz klęczy, żeby
schwytać rzecz znoszoną
prądem, wiatrem. Słońcem,
Karkonosze, słońcem
na drugą stronę,
rozszczepione promieniem
zjeżdżają w cień; po czesku
o coś pyta w okularach,
złazi z niego plecak:
v basni napodobuji Celana
Z WROCŁAWIA
Jackowi Łukasiewiczowi
w drodze z-
Czarny płomień w dębowe zarośla
uderzył, odskoczył i wiem, że tam jest
Ślęża, zapowiedź moich stron;
smugi soli na szosie
po gwałtownej zimie.
I człowiek w półmroku “nic
go nie powstrzymie”, skostniał,
ale macha jak jakiś skrzydlaty
(wiatrak, anioł), “by spojrzeć rodzinie
wiesz pan ostatni raz, a potem
w dębowe znaczy się ubranie”;
a mnie jakby czarny płomień
uderzył, odskoczył, kim ja
w tym karawanie; Charonie,
podaj dalej i oducz powietrza.
“Jak ją wyściskam będzie ona letsza”.
DOLINA
Teresie Ferenc i Zbigniewowi Jankowskiemu
Moja dolina jest bardziej od twojej,
boś nie tknął palcem w jej sprawie.
Zza góry prosto w moje oczy
twoje słońce. Ocknęły się tunele, ze zboczy
wypełzły pierwsze pociągi. Strzelista proteza
wiaduktu podpiera błękit – w Wogezach
widziałem coś podobnego; cierpliwie czeka
na rzecznym progu
skład skromnych dziesięcin –
butelka z plastiku skacze, kręci
wśród fałszywych zeznań, piany
i bełkotu. Gazetowe strzępy,
worki, podpaski, kasztany,
noski i skrzydełka.
Wieś nazywa się Raszków,
a rzeka Tuchełka.
NOWA RUDA; ZIMNY STYCZEŃ
I otrząsną perlistym śmiechem
szadź z opłotków; ja nie wiem,
kto te dzieci robił,
i w jakiej pokorze. Są
na wzgórkach: między parowy
wpada krzyk nerwowy,
roztrzęsiona sanna. Z drogi, z drogi.
Zbocza lśnią jak śledzie.
Chcą połamać nogi
przechodnia, co zatrzymał chwilę:
hałdę, rzekę; w pomarszczony obłok
ciężko kasztan wchodzi, rozsypując obrok.
Wozy wypełnione węglem
suną w głąb doliny.
Pęka serce mrozu
nad kamieniołomem: zgrzyt stalowej liny.
PRZEZ SŁUPIEC PŁYNIE RZEKA DZIK
Przez Słupiec płynie rzeka Dzik,
przez moje serce jeszcze dziksza
bardziej brudna. Osad lśni
w wierszach, w ustach dym
z hałdy nad miastem.
Daj mi znak, może kaszlnij,
zrozumiem, że cię tu tylko
ta jabłoń trzyma; dziadek
ją sadził w kącie podwórza.
Szczaw, co porasta stromą stronę
wzgórza, znika w pyskach koni
pasących się z namysłem
...i tną gzy. Chodzi po opłotkach
cień chmury rozdartej jak ty
albo schizofrenik. Następny człowiek umarł,
pogoda się nie zmieni. Weź gałąź
sosnową i połóż na ranę.
KOŚCIÓŁ W DROGOSŁAWIU
widziany przed odlotem
Rozalii Linke, Marii Sztorch,
skłóconych sąsiadek,
które pogodził cios
niewidzialnej włóczni –
anioł się uwijał za dwóch,
las pod oknem niemiał i głuchł;
widziały czerwony, stromy dach,
z bliznami okien uniesionych jak brwi,
odlatywała od korpusu jak głowa
sygnaturka drżąca, nerwowa;
coś było z powietrzem nie tak,
dawany i powstrzymywany znak,
nie czuły w sobie plusku krwi,
nigdy nie były na takiej mszy.
Co chcesz powiedzieć,
wykrztuś teraz –
z księgi doliny robi się książeczka
szybko wkładana do kieszeni płaszcza;
i ten inicjał, pokrętna litera
z czerwonych cegieł. Kościół w Drogosławiu
widziany z wysoka.
WSTYD. MIASTECZKO GÓRNICZE CZEKA SWEGO KOŃCA*
W dniu, w którym otrzymałem zaproszenie
do wzięcia udziału w dyskusji o przemocy, razy
sypały się gęsto w wielu szkołach świata.
Ojciec Łukasza C. zajrzawszy do
podsuwanego przeze mnie dziennika,
dopisał się do długiego szeregu
wkurwionych ojców. Chłopak smarkał krwią.
Ja cię chyba zabiję. Dość mam tego wstydu.
Dwa lata temu matka Łukasza C. musiała
wzywać pogotowie. Czuję ból w całym
ciele, podskórne dzieciństwo.
Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się,
ty już wiesz za co.
Nie wiem do dziś. A kiedy na wuefie
Rafał D. kryje się po kątach
i nie chce wyjść z szatni, wiem, że dziś znowu
przyniósł wytatuowaną na skórze mapę
niedoszłego powiatu. Jego ojciec krzyczał
na zebraniu, jesteśmy prowincją,
będziemy jeszcze większą. W prowincjach
bólu mieszka strach. Ja cię chyba zabiję,
dość mam tego wstydu. A kopalnię i tak
zamknęli. "Przemoc jest tam, gdzie nie ma Sensu."
Paweł A. nie chce się przyznać. Wreszcie
wybucha płaczem. Tak, robi to codziennie.
Matka musi klękać, a potem pełznie
po podłodze. Ojciec każe mu patrzeć,
jest ciągle pijany. Paweł moczy się w nocy,
ma kłopoty z nauką. Szkolny pedagog triumfuje,
teoria konweniuje mu z przypadkiem. Śnieg,
śnieg na te rany. W kwietniu? Cichy,
zalękniony śnieg. Pójdziemy go deptać,
chłopaki. A jutro w kosza z siódemką.
Dopierdolimy im. Jak nie tak, to inaczej.
Jacek F. wie, że ma faulować.
Marcin B. mówi coś o egzaltacji.
On jest nowy. Będzie uczył wosu.
*publicystyka drobnego gniewu
MAJ
Bażanty żerują w rozlewiskach Nysy.
Cień Szczelińca, plamy śniegu, zagadkowe rysy.
Zając przywiera. Potem pociąg odchodzi.
Ścinawka. Siedem lokomotyw. Ścięta chłodem para.
(Pracownia świata, coś z niej wybiega
i wbiega. Cierpliwie nanoszone błoto.
I gest poety, jak strzepuje z płaszcza
niewidoczną dla innych fałdę.)
GŁUCHY CZERWIEC
Iwonie i Antkowi
“...żeby rzucać carmina w przestrzeń
sakralnych jaskiń...”
C. Miłosz
Kaplice jak ptactwo,co obsiada miedze
i wydaje głuchy krzyk
słyszany przez nielicznych;przez nielicznych tak bardzo.
Urodziłem się w okolicy pozbawionej
katedr – luster wyższej wiary,
pośród wzgórz kręcących się w kółko
nasiąkałem pustką, niedzielą
bez znaczeń. I teraz nie słyszę,
co w powietrzu drży
i dlaczego; za moja głuchotę pomódl się
czytelny, jasny i wytrwały.
ZJAWISKO
Nie wiem jak to się dzieje, że nagle
mówią do ciebie - “ciekawe zjawisko
poetyckie" - trącają cię
i naciskają, żeby zjawisko wygłosiło
parę słów stosunkowo
prostych. Nie wiem,
co powiedzieć w twoim imieniu
(czerwienię się w twoim imieniu, chrząkam),
bo już dawno nie napisałeś
wiersza, ani też lichej nawet
notatki do wiersza – spokojnie
sobie łysiejąc, chorując
na nerki. i próchnicę swej słynnej
nadwrażliwości
w jakiejś dziurze między Kłodzkiem
a Wałbrzychem.
LOT
Eli i Maćkowi Chlebickim
Absolwent filozofii... zostałem
świetlicowym w szkole
podstawowej (Ziemia
Kłodzka). Oto losy
człowiecze. Kadra jest młoda, dzieci
krzyczą. Nie wiem, czy mój
wystudiowany stoicyzm podoła.
Dzisiaj rozmawiałem z nimi
(IV b) o ziemi, matce
naszej - ile kto ma hektarów.
Nie taili. Potem wspomniałem
o trudzie rolnika, ale nie wiedzieli
o co mi chodzi. Dojeżdżająca młodzież
zbyt często (pod pretekstem
wyjścia do ubikacji) kieruje swe
kroki do pobliskiej lodziarni. Pan
dyrektor ze swego wysokiego okna
marszczy brew i grozi palcem. Salmonella,
sceptycyzm i brak kontaktu z prasą
literacką. Patrzę na park,
gdzie stadko młodych łabędzi
wzbija się do lotu...
mnie też o nic innego
kiedyś nie chodziło.
1987
JAK U NAS W POŁUDNIE
Zygmuntowi Krukowskiemu
Pukają do drzwi
krzyczą przez kruche literki
otwórz się odłóż
to co chciałeś wypowiedzieć na marne
nie wracaj do tych samych słów
odnawiaj się chłopcze
ta ścieżka zachęca
wysoka trawa czyha
hałda cmentarz zasypuje cicho
świadkowie Jehowy
nadchodzą z Miedzianki
sztuczne kwiaty w majolice
a Jezus jak Nike
bez oka
bez jednego skrzydła
bo prawda z braku się bierze
prawda bezskrzydła
ślepa
pukają do drzwi
szarpią za sznur
który nie dorósł do pętli
pokazują flachę pęto kiełbasy
chcą ode mnie więcej
WIERSZYK DLA LUDZI Z MIASTECZKA N.
“Mgło, jak ci się do nas szło"
za wcześnie
albo już za późno
by dołożyć słowo
dzięki ludziom dla ludzi
z którymi rozmawiam w listach
na ulicy w warsztatach
gorzkich od potu smaru stęchłej herbaty
zwielokrotnionych szeptów
pytań zawisłych w cierpkim powietrzu
między reportażem z masarni
a notatką o żółtaczce
przeciska się to co nazywają poezją
z oczu z gestów z drgających twarzy
telepatyczna metempsychiczna rzecz
staroświecka
to polega na odgadywaniu zaczarowanego
na czarowaniu nieodgadnionym
na przykład MGŁO
jak ci się do nas szło
z doliny w dolinę
jak przeskakiwało
jak tarło się z wiatrem
w brzozach świerkach jarzębinie
mgło
echo
cała reszto
...
mnie nie przeszło
wiersz się zatrzymał
KARTKA Z BROUMOWA
Broumowskie
Cyganiątka na czołgu w kwiatki
na którym ktoś sprajem POLSKA
napisał - jeszcze kilka godzin
w tym czeskim miasteczku
kilka godzin do zamknięcia granicy
Darek spotkany na szlaku
pojechał do Pragi nie patrząc
na krzywe spojrzenia urzędników
od ruchu ludności a ja się waham
i idę w końcu w stronę
ciemniejącej na horyzoncie Gwiazdy
znajduję rozdartą piorunem kapliczkę
gdzie modlę się z cicha
lecz drugą połówką tzw. Duszy
już układam limeryk a la Joyce
i myślę o stosunku z napotkaną Czeszką
której wata wystaje skądś tam
i to mnie odstręcza Zresztą
ja się nie podobam kobietom
w chmury zaglądam jak nikt jeszcze
przede mną a schodzę ze ścian
z Broumowskich Ścian
żółtym szlakiem do Hony
skąd za 9 koron jadę do Nachodu
(90)
NOC Z 7 NA 8 MAJA
Zatrzymana kropla czasu
nim konieczność
zaklnie ją w mętne świecidło
bursztynu albo w wiersz
nim znajdzie się w muzeum
oprawiona w srebro
opatrzona komentarzem
wchodzę w tę kroplę
z całym dobytkiem inwentarzem
dzieci idą za mną żona
stoły krzesła tapczany
półki z książkami
niosę na ręku najmłodszego dzieciaka
jego krzykiem nabrzmiewa błona
zatrzymanej kropli
aż pęknie
a my wylejemy się na bruk
jak ropa i osocze
znowu bez mieszkania
i poczucia czasu
a on krzyczy
bo musi bo w poprzednim
pokoleniu zaliczył komorę
gazową i wkładali mu
do odbytu rozżarzone stopy
metali szlachetnych
szlachetni panowie
Schlapke Braun Wolff
kto mówi o zbrodni
chodziło o rozwój nauki
a potem siedmioletnią
wiecznie otwartą buzię
napełnili igliwiem i piaskiem
przydeptali
z cyklu “Noworudzkie noce"
NOC Z 15 NA 16 KWIETNIA
Zakwitnie kij w twej ręce tak będzie
oddychaj pełną piersią oddychaj
więcej wspomnień zabierzesz ze sobą
świeże pachnące kretowiska
wyrzucą z siebie krokusa łodyżkę
śnieżyczki wychyną zza kamieni
szlifowanych niegdyś przez potok
już w płuca nabierz trochę ziemi
i niech cię nie zaskoczą
sroki goniące się po niebie
obłoki skrzypiące na wietrze
(jak blaszane wota w kapliczce
bielonej ptasim łajnem)
zakwitnie wszystko bez ciebie
najwyższy wypuści cię z ręki
i powie l e ć a nie obnoś się
ze złamanym skrzydłem.
z cyklu “Noworudzkie noce"
LIST Z BORINAGE
Szkicować nędzę Borinage
to za mało trzeba ją jeszcze opisać
Van Gogh pisze wiersze w miasteczku
górniczym Neurode-Borinage
jest to na pograniczu epok
tuż przed końcem świata
podziemne wybuchy smród onuc
“przegniła flanela na plecach
tych biedaków" nadciągające wojska
Van Gogh i jego szkicownik
w którym teraz żołnierski
tornister troki buciory wiersz jest
“kwiatem rzuconym przez dziewczynę
na epicentrum wybuchu
w mózgu".
Nowa Ruda/Neurode, 1988
BĘDĘ PRZEBYWAŁ JESZCZE WTEDY W POLSCE
Przeczuwam wiersz który napiszę
w czterdziestym trzecim roku życia
już jego korzenie niesłyszalne we mnie
rozrastają się w mózgu tkanką
poematu Będę przebywał jeszcze wtedy
w Polsce z orłem w koronie prezydentem
dwuizbowym sejmem Będę w małym miasteczku
które kiedyś czeskie niemieckie
teraz polskie poetyckie
obrabiane słowem jak d y j a m e n t lśni
I Polska będzie rozbita na pięć
sześć wolnych republik
ja wśród śląskich poetów będę niczym
Anioł i żona mnie opuści
z kimś normalnym kto potrafi wyżywić rodzinę
i ma w sobie czułość nie zmarnowaną
przez dziesiątki wierszy a ja będę wtedy
jeszcze mniejszy bo chory na chorobę
nie oznakowaną kryptonimem chorobę
która zbawi świat cywilizację zetrze
i zacznie sposobić nowego człowieka
Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce
wiersze głosząc na wiecach w przejściach
podziemnych na wysypiskach śmieci
w schroniskach dla zwierząt
lecz klatki będą zapełnione ludźmi
Będę przebywał jeszcze wtedy w Polsce.
30. 05. 1989
WIERSZ, KTÓRY NAPISAŁABY MOJA BABCIA, GDYBY...
Na wzgórzach dzikie trześnie kwitną.
Drohobycz w dole... nie,
Nowa Ruda fosforyzuje w szkle dymów
Sucha morwa, którą po wielekroć
przesadzał nieznany ogrodnik –
mówię...
Wielkiej Sowy cień
rozgałęziony jest jak moje serce,
nowe serce
Gdy przyjadą Niemcy (w sezonie
wycieczek) - - -
powiem im to samo.
© Karol Maliszewski
© www.nowaruda.info




Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób.
Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!






