Nowa Ruda

Menu

Dzisiaj wizyt: 21

Kanal RSS

 Reklama  

Oni lubią nas
a my lubimy ich.

Przyjaciel Domu

Piast

MOK

Sudety.it

www.kobak.prv.pl - Jazda Konna w Siodle, Górska Turystyka Konna - Overo

www.western.one.pl - Dolnośląskie Centrum Westu - Nowa Ruda


Linki sponsorowane
  LITERATURA: Karol Maliszewski - PRÓBY ŻYCIA
Karol Maliszewski
PRÓBY ŻYCIA
STRYCH
   Zawołałem w mroźną noc, nikt nie odpowiedział. W poniedziałek miałem iść do nowej pracy. W kopalni długo nie zagrzałem miejsca. Podziemie wypluło mnie. Na powierzchni plątałem się między sągami drewna, zamiatałem plac opałowy. Potem znalazłem pracę w cegielni, “proszę stawić się o szóstej, w poniedziałek”.
   Pociąg wcinał się w biały pergamin, okopcone nożyce rytmicznie kroiły puszysty pejzaż. Jedyny pasażer w ostatnim wagonie, ja. Otworzyłem okno, krzyknąłem pod wiatr, który natychmiast wcisnął mi te słowa z powrotem do gardła. Te, którym udało się wymknąć, ciągnęły się za pociągiem obłoczkiem pary. Odrobina ducha ze mnie, maleńka pneuma. Krzyczałem, że jestem, że jadę. Że żyję. W żeleźniakach na peronach gasły ogniska, migotały światła stacyjek odrzucanych gdzieś w dal.
   W ubikacji zostawiłem wiersz napisany ubiegłej nocy. Może kiedyś ktoś... Chciałem napisać “srając”. Przeczyta. Obok wydrapanego sloganu z rymami ( liści, komuniści) był też anons o spotykaniu się w określonych godzinach “celem brania do buzi”. Drzwi toalety stawiły niespodziewany opór, z zawiasów posypały się rdzawe opiłki. Pisk hamulców, świetliste bryzgi spod kół w ciemności.
   Nie zaskoczył mnie buchający parą osobnik skryty za węgłem, trochę już pod dachem jakiegoś magazynu. A więc dokumenty. Wagony z chrzęstem przesuwano na sąsiedni tor. “Koniec świata, wysiadać!” Nie znalazłem ich w kieszeni. Zawsze to drżenie rąk. Oparłem plecak o zlodzony bruk, grzebiąc w kieszonkach. Twarz żółta od blasku stacyjnych lamp. Drgnął miesień między nosem a okiem. Chyba miał tam jakąś bliznę.
   W szarej, przyfabrycznej, mgle dzień wstał nieufnie, ospale. Kolega mieszkał przy hucie kryształów. Wychodząc do pracy, szarpnął za kołdrę. Nie minęło wiele czasu, gdy byłem gotowy do dalszej drogi. Zasypało czarny szlak między Żmijowcem a Porajską Przełęczą. Zawiało. Wiedziałem, że za grubą ścianą mgły pulsują skały Strychu. Tam postanowiłem spędzić ostatnie dni wolności. W poniedziałek miałem się stawić. “Pomocnik piecowego”. Długo musiałem tłumaczyć funkcjonariuszowi swój chwilowo nie uregulowany stosunek. Noga za nogą posuwałem się w stronę Czarnej Góry. W jednym miejscu szlak łączył się z szosą. Można było iść po śladach ciągników i ciężarówek. Odpocząłem, obeschłem. Próbowałem rozpalić ognisko, łącząc strzępy brulionu - te wiersze przestały mnie cieszyć - z pastylkami paliwa. Okładka zeszytu przedstawiała namolne braterstwo, kilka splecionych ze sobą flag. Wzmógł się wiatr. Przyśpieszyłem kroku i przez starą przecinkę, skrajem młodnika, dotarłem do sudeckiego traktu, pełznąc delikatnie po jego zlodzonej powierzchni. Raz po raz zapadałem się z trzaskiem, tłukąc jądrami o twardy śnieg.
   Już w pociągu wyobrażałem sobie, że mnie pochłonie, zasypie. Strych pomoże podjąć decyzję, którą odkładałem z dnia na dzień. Wszystko ku temu zmierzało. Puszczały więzy łączące ze światem. Pierwsze pęknięcie przy mazistej dziurze - tak jakby ojciec chciał porwać ze sobą jeszcze kilku żałobników - rozjeżdżały się nogi na gliniastej ścieżce, chybotała trumna. Wuj Józef znów był pijany, co zapamiętałem tylko dlatego, że był tym czwartym przy trumnie. Antek, Janusz i Romek. A Jacek za mały, żeby ojca nieść. Miałem trzynaście lat, bracia już pracowali. Spoceni, postękujący pod czarną, połyskującą dębowiną. Ojciec opuchły i ciężki, jakby nie ten sam. Kiedy otworzyli wieko, poruszył się. Odebrałem to jako znak. Podbiegłem. Odciągnęli, pocieszali. Matka próbowała przytulać. A mnie nic nie było. Suchy i trzeźwy. Stanowczo rozżalony, że nie dali ponieść. Nie dorosłem do trumny. Ksiądz patrzył na mnie oficjalnie. W tym momencie nie przypominałem jego ulubionego ministranta. Kilka uderzeń łopatą pijaczyny Gurdziela, monotonne szuflowanie i ziemia zwarła się na powrót. Glina szybko się zeschła, wieńce zgniły. Kilka tygodni później przyszliśmy tam z kolegami na kasztany. Sypały się na ten grób jak i na inne.
   W ogólniaku czułem się wspaniale. Dobry profesor Macewicz potrafił przytulić jak syna i nie zważać przy tym na błędy ortograficzne. “To później, później...teraz idź za głosem talentu.” Gdybym mógł tam zostawać na noc, choćby w kotłowni, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem w tych górach. Może nie dosięgałyby mnie koszmary, w których umierałem w męce i po przebudzeniu długo nie mogłem zasnąć, wiercąc się na poojcowskim tapczanie. Miłość do koleżanki z klasy wybawiła mnie z opresji, już zupełnie nie mogłem spać. Ukradkiem wychodziłem z domu i chłodziłem twarz, kilkanaście kilometrów idąc doliną Bukówki wprost pod jej ciemne okna. Wracałem nad ranem, uboższy o kartkę z diariusza, którego prowadzenie zalecał, chyba terapeutycznie, profesor. Hania znajdowała tę kartkę przybitą do okiennicy. Nazajutrz w szkole pytała, co znaczą poszczególne metafory i kiedy wreszcie przestanę ją straszyć po nocach. Smukła i brązowa, czysta i promienna, gałązeczka Hanna. Nawet nie potrafiłem po męsku spojrzeć w te wielkie, błękitne oczy.
   Pewnego wieczora zew był tak silny, że wybiegłem, nie gasząc światła w kuchni. Zostawiłem włączoną maszynkę elektryczną. Zrobiła się dziura w stole, potem w podłodze, i to szło dalej. Gdy wróciłem, strażacy musieli mnie zasłaniać, ale matka i tak mnie dopadła, bijąc na oślep. Wykwaterowali nas na Woliborskie Przedmieście, do baraków rotacyjnych, które po ostatniej powodzi trzeba było zburzyć.
   Gwizdanie powtórzyło się. Ktoś nawoływał we mgle, pogwizdywał. Poczekałem na niego. Wyłonił się po prawej stronie, a byłem przekonany, że wyjdzie z lewej. Benek Kuciewski. Skąd on się tu wziął? Stanął jak wryty. Krucza czupryna, wydatny nos i charakterystyczne, nierówne zęby. Czy mi nie zimno? Nie. Napij się. Dobra. Wyciągnął piersiówkę. Zapiekło, chwytając serce w ogniste szczypce. Wstrząsnęło mną, rzuciło w śnieg, aż się musiałem oprzeć o świerka. Śmiech. Że nie mam wprawy, a mój stary miał, że ho, ho. Co ci gnoju do tego, czep się tramwaju, a nie mojego starego, za twoje nie pił!
   Przecieraliśmy szlak na zmianę. Czy Benek był mi zesłany na pociechę i poratowanie, czy to raczej ja jego wspomogłem? Szliśmy. Opowiadał, jakie cuda czekają na górze, dzisiaj na Strychu studencki zjazd koleżeński. Zaciąłem się w sobie na tę wieść, chciałem pożegnać się i odwrócić. Benek namawiał i nęcił. Wyobraziłem sobie kominek w schronisku na Hali pod Strychem, przyśpieszyłem kroku. Niech tam. Jakoś wytrzymam, byle już ściągnąć sztywne spodnie i mokre buty, usiąść przy kominku i nic nie mówić. Patrzeć w ogień, patrzeć w twarz szlochającej matki, widzieć szamoczących się strażaków, zbity tłum sparaliżowanych sąsiadów, oskarżycielsko nastawionych braci. Zapomnieć.
   Na egzaminie próbowałem mówić coś o Gidzie. Bezbarwnego człowieczka zacierającego załzawione oczy zainteresował mój zachwyt nad świeżo przeczytanymi “Fałszerzami”. Ten chwilowy błysk w jego oku przeważył. Eugeniuszowi, z którym razem wyruszyłem na egzaminy do wielkiego miasta, nie udało się. Siedział na tapczanie i płakał. Pokoje w hotelu “Piastowska Korona” przytłaczały ogromem. Geno skulony gdzieś w kącie, w ciemności. Najbardziej żałował tego, że niepotrzebnie zapisał się do partii. Mówiono, że na dziennikarstwo bez tego ani rusz. To jednak nie wystarczyło. Płakał nad swym dalszym losem w miasteczku. Tłumaczyłem, że spróbuje za rok. Nigdy już nie spróbował. Pracował w kopalni, miał wypadek, rozwiódł się z żoną. Zamieszkałem w akademiku “Non Grata” przy Basztowej 7. Było nas sześciu w pokoju. Kolega z roku, szafa w szafę, łóżko w łóżko, człowiek z drugiego krańca Sudetów, uczył się pilnie starocerkiewno-słowiańskiego i szybko zapominał o swoim Technikum Hodowlanym. Ze mną było coraz gorzej. Nie widziano mnie tam, gdzie być powinienem. W tym czasie ślęczałem w czytelniach nad stertami starych czasopism literackich. Koniecznie chciałem znaleźć “Poezję” z debiutem Wojaczka i komentarzem Karpowicza. Dogrzebałem się w bibliotekach do książek, o których dotąd mogłem tylko marzyć. Nietzsche. Novalis. Holderlin. Nie zaliczyłem ekonomii politycznej, potem wychowania fizycznego. Towarzysz zza szafy gorąco namawiał do wyjścia z tej nory i poprawienia sytuacji na uczelni. “Nie wszystko stracone”. Poczciwina. Rzucałem w niego Baudelairem, potem zrywałem się i całowałem nadwątloną obwolutę. Rechot. Chciałem być artystą, na razie byłem błaznem. Rechot! Z Rimbaudem na ustach wychodziłem w noc. Nad kubkiem herbaty w dworcowym barze czytałem Jacoba i Nervala. Skreślony z listy studentów waletowałem przez jakiś czas, dopóki kierownik nie znalazł w moim tapczanie powielacza. Do dziś nie wiem, kto go tam schował. Wesoły inseminator zza szafy? Spałem na bombie, nie wiedząc o tym. Chciałem coś zrobić dla ojczyzny, lecz zacięta twarz i wąskie, sine usta konspiratora z pokoju obok deprymowały, odstręczały.
   Na Strych szedłem się zabić, miałem skoczyć z wiatraka na południowym skłonie. To był właściwie agregat prądotwórczy, dzisiaj śladu po nim nie ma. Ale wtedy stał i kusił. Wyobrażałem sobie, że rzucę się na żelazną śmigę. I to będzie jak błysk samurajskiego miecza na filmach Kurosawy. Benek gadał i gadał. Jaką to on dziewuchę zapoznał na ostatniej dyskotece w Ścinawce, jaki jego brat ma we Wrocławiu samochód, jak ojcu palca w tartaku obcięło, ile dostał odszkodowania, a matka była w szpitalu, bo jej coś wycinali. Wchodziłem do schroniska ogłuszony tą paplaniną. Paliły się świece i lampy naftowe. Przy kominku zarośnięty facet grał na gitarze i śpiewał Stachurę. Poczułem się urażony. Moi prorocy byli nie tylko moimi prorokami. Drażniło mnie robienie pioseneczek z filozofii.
   W grupie wyróżniała się drobna, szczupła dziewczyna o twarzy kolegi z dzieciństwa. Mówiono na niego Aniołek, taki był ładny. Dzisiaj śpi pod mostem, typowy menel z wielką, czarną brodą, nie wyszło mu. Dziewczyna śmiała się w głos, potem czesała się przy ogniu. W pewnym momencie uniosła się i zaczęła sąsiadowi pokazywać jakieś figury, Przeleciał mnie dreszcz, jakbym się obudził. Nagle inaczej zacząłem widzieć, inaczej słyszeć. Dochodziło do mnie to, co do tej pory dojść nie mogło. Zobaczyłem to. Siebie zobaczyłem. Przestałem tak mocno siedzieć w sobie. Zobaczyłem swoje granice, przy ogniu obrysowywał się mój płynny, bardziej giętki kształt. To przypominało taniec. Twarz i pośladki. Przysiągłbym, że to wszystko zaczęło się od pośladków. Od widoku jej pośladków. Trzeba w życiu trafić na odpowiednie pośladki, zawarowaną w nich informację, błyskawiczny kod uczuciowej intuicji. Wyszła. Podniosłem się. Stałem pod drzwiami ubikacji, do której weszła. Wirowały dźwięki jak dzwonki, którymi potrząsałem w kościele. Słyszałem, jak długo wycieka z niej wąska strużka, bijąc o porcelitowe naczynie sedesu. W wyobraźni połączyłem się z nią. Zobaczyłem nas na śnieżnym pustkowiu, sikających razem na śnieg. Popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała “proszę”, przekazując drzwi. Woda burzyła się w rezerwuarze, wosk ze świeczki kapał na gazetę. Węszyłem. Zostawiła mi odrobinę potu i perfum, ten zapach matki, ciepłą, pulsującą deskę, na której usiadłem.
   Jeszcze tego wieczora, nie zważając na zadymkę, udałem się w stronę wiatraka, chcąc rozeznać się w sytuacji. Robiłem to bez przekonania, siłą rozpędu, bo w końcu po coś tu przyszedłem. Pobłądziłem. Nieludzko wyczerpany wróciłem do schroniska. Obudziłem się następnego dnia z przeświadczeniem, że prawdziwym powodem mojego tu pojawienia był ów dreszcz doznany wczoraj. Wołało mnie coś, wyprzedzało myśli i przeczucia. I to nie była śmierć.
   Ona leżała na materacu i wymachiwała rękami, próbując dotknąć czegoś znajdującego się na wysoko zawieszonej półce. W końcu usiadła i rozpoczęła regularną gimnastykę. Powiedziałem “przepraszam” i że mnie kierownik wysłał po naftę. Nie mogłem znaleźć; przeszukiwane szafy pojękiwały, chwiała się lampa zawieszona na prowizorycznym rusztowaniu. Dziewczyna nagle podniosła się i ze sterty koców zsunęła kilka, po czym nakryła się. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zasunąłem zasuwkę. Położyłem się obok niej i w półmroku zacząłem dotykać jej znowu wzniesione ręce. Odwzajemniła pieszczotę. Światło zamigotało, a przez szczeliny w deskach wsunęły się jęzory lodowatego wichru. Przytuliła mnie.
   Po tygodniu wiatr ustał, drogi odśnieżono. Na stryszku zamarzła herbata w litrowym garnku. Skończyła się nafta i żarcie. Wygrzebaliśmy się z koców i ruszyliśmy w dół do miasteczka. Po raz pierwszy trzymałem dziewczynę za rękę i szedłem z nią przed siebie. Strych podjął decyzję. Przewracaliśmy się na śliskich podejściach, całowaliśmy przez śnieg. Deklamowałem jej Iwaszkiewicza. Oktostychy, a potem dla rozgrzewki coś z pamiętnego lata 1932 roku. Pragnąłem uwiecznić w podobny sposób zimę 1981, ale nie układało się, “nie było we mnie warunków do takiego klasycyzmu” (jakby powiedział Kostia, kolega, który rok wcześniej zamarzł w Strychowym Masywie podczas imprezy sylwestrowej), byłem zbyt gorący, plebejski.
   Pociąg unosił Karinę wychyloną z okna, przegięta, połyskującą barwnym kombinezonem, i zamykał jeszcze jedną historię miłosną. Serce miałem skurczone i złe. Nie było mnie stać na więcej. Znów przenocowałem nieopodal huty. Kolega kilka dni wcześniej rzucił robotę. Spakowany plecak leżał w kącie. Zapytał, co chcę robić. Odpowiedziałem najuczciwiej, jak mogłem. Nie wiem. To chodź ze mną. Będziemy razem tęsknić.

PRÓBY ŻYCIA
   Najpierw szukał bielizny porozrzucanej po pokoju. Kiedy się już ogarnął i przesiedział swoje przy zlewie, goniony rozpaczliwym skrzekiem zdezelowanego budzika, wyszedł na korytarz, trącając w progu sąsiedzką butelkę z mlekiem. Od razu skrzypnęły drzwi i wypełzła z nich Zofia Rapanik, kiwając ręką na niego. Głupio mu było, niezdarnie wycierał, co rozlał, suwał jedną nogą słomianą wycieraczką po zabielonym betonie, a drugą już przekraczał progi pachnącej kiszoną kapustą czeluści. - Niech pan patrzy i nic nie mówi - nagliła sąsiadka ciągnąc go za rękaw. - Może potem przyjdę, bo wie pani... Nie dała mu dokończyć, wstrząsnęła gniewnie potarganą czupryną i przygięła go do ziemi, ale tak, żeby okiem wstrzelił się w dziurkę po wyrwanym zamku w drzwiach toalety. To, co ujrzał, wzdrygnęło nim, aż się podniósł, lecz sąsiadka pchnęła mocno i drzwi zatelepały. Podglądany sąsiad skurczył się, a spod jego palców trysnęła sperma rozchlapując się na ścianę i lustro. Nie zdołał opanować fali, która wstrząsnęła nim i odrzuciła lekko w tył, aż usiadł rozkraczony, w pasiastej piżamie, na sedesie. - Widział pan... Rozchlapuje sobie, gdzie chce, łobuz, a dzieci jakoś mieć nie możemy - mówiąc to, odwróciła się i ukryła twarz w dłoniach.
   Wykorzystał moment i rzucając “przepraszam” wybiegł z domu sąsiadów, zastanawiając się, czy przypadkiem nie śni mu się to wszystko. Bo niby skąd ten nagły przypływ szczerości, zaangażowanie do promiskuitywnego happeningu. Z sąsiadami łączyły go tej pory porozumiewawcze spojrzenia z chłodnej oddali i nic więcej. Odwrócił się i obmiótł spojrzeniem okna zwariowanych - tak od tej pory będzie o nich myślał - sąsiadów. Są chorzy. No tak, ale co z tego wynika dla niego, dla nich, dla świata. Zupełnie nic. Jedna definicja więcej, a świat już rzyga od definicji. Nagle zauważył poruszenie w ich oknie. Przystanął. Sąsiadka uwolniła się od oplatających ją grubych stor i krzyknęła: - Chodź pan tu, gru... - przerwała, odwracając twarz w stronę mówiącego coś do niej męza. Co znowu, pomyślał, i już chciał zniknąć, gdy ona krzyknęła ponownie. Skulił się w sobie i wykonał błyskawiczny zwrot, depcząc w ogródku chrupiące łodygi słoneczników. - Gruszek panu nasypię, poczęstuje pan kolegów w pracy - krzyczała. Machinalnie rozchylił torbę. Z góry zaczęły sypać się złociste pociski i wkrótce, trzymając teczkę za rozchylone uszy, poczuł spory ciężar. Nagle zamknął torbę i ukłoniwszy się (bo usta miał zajęte kawałkiem smakowitej gruszki), wyszedł z ogrodu. Gruszki sypały się nadal, bo Zofia Rapanik nie mogła zatrzymać burzy, którą rozpętała. Kosz był za ciężki.
   Do szkoły szło się pod górkę. Równie dobrze można wzdłuż rzeczki doliną, ale ostatnio kopano tam zapamiętale i buty grzęzły w mdlącej mazi. Raz o mało nie wpadł do takiego niespodziewanego rowu pełnego plastikowych bebechów, którymi miały płynąć ekskrementy mieszkańców tej zacisznej dzielnicy, rozsiadłej statecznie w cieniu hałdy. Droga dobra na wiosnę, gdy ptaszki śpiewają, i na lato, gdy Świadkowie Jehowy zaczepiają i wręczają swoje kolorowe pisemka. Z tego powodu nie lubił tamtędy chodzić. Wybierał wariant pierwszy, żeby mieć święty spokój. Szło się ulicą Królowej Jadwigi i można było mieć pewność, że nikt nie zaczepi, niczego nie wręczy ani nie zabierze. Szło się obok trójkątnej poczty z zegarem na szczycie. Niemiłosiernie zabrudzone przez gołębie wskazówki rozmazywały na szybach esy floresy, tak że często trzecia zlewała się z drugą albo nawet pierwszą. Szło się tunelem, w którym na kilka sekund dudniło wszystko i nabrzmiewało grozą. Brodziło się w tłumie nastolatek, pchających do przodu wypełnione watą miseczki udające biust. Uchylało się kapelusza, jeśli się go miało; ale co zrobić, gdy człowiek zna pół miasta, to musi machać kapeluszem do znudzenia bądź szczekać jak ten pies dzień dobry, dzień dobry, cześć, dzień dobry. Nieraz wystarczyłoby głową kiwnąć, oczami strzelić, wargi rozchylić. Ludzie są tacy niedomyślni. - Nauczyciel, a śmieci, ładny przykład... - usłyszał zrzędliwy głos starego Zapiecka. Obejrzał się i rzeczywiście ujrzał znajomą sylwetę mistrza śmieciarzy, wiecznie pochylonego nad swą skrzypiącą taczką. Demonstracyjnie wznosił ogryzek ponad tłumem pędzących licealistek i powtarzał: - Taki to nauczyciel, patrzcie go... Jacek zaczerwienił się i zmieszał. Zrozumiał, że zabójcze spojrzenie króla miotlarzy dotyczyło jego skromnej osoby, a słowa triumfu nad nim, inteligentem, były przygotowywane już od dawna. Długo czekał na tę chwilę Leon Zapiecek. Dzierżył w dłoni inkryminowany korpus pochodzenia roślinnego, a gołąbki pokoju obsiadły jego ramiona i z wolna poczęły dobierać się do gruszkowego ogryzka. Jacek opanował już sytuację, bladość wróciła na jego zapadłe policzki, ręce przestały drżeć, uśmiechnął się nieznacznie i sięgnął po następną gruszkę. - Tak to już, panie Leonie, jest. Ktoś śmieci, aby sprzątać mógł ktoś - to powiedziawszy, podał zdumionemu pracownikowi zakładu oczyszczania miasteczka najbardziej złocistą gruszkę, jaką znalazł; odwrócił się na pięcie i powrócił do szybkiego porannego rytmu kroków. Dalsze słowa mamroczącego starego zagłuszył szum wielu gołębich skrzydeł. Ptactwo wystraszone okrzykiem i gwałtownym ruchem rąk podniosło się na chwilę w powietrze i zaraz znów przysiadło na ławce, na Zapiecku, na taczce, a nawet łopacie. Złocista gruszka w ręku pryncypała jakże nęciła skrzydlatych braci, ale rzeczy tej nie poświęcimy już więcej uwagi . Niech się tam kotłują i biją o kęsy, ile wlezie.
   Jacek był już daleko, lawirując teraz między manewrującymi autobusami, z których wylewało się szkolne bractwo przyjechawszy z rozmaitych Ścinawek, Świerk, Dworek, Sokolic i Dzikowców. Pogruchiwanie gołębi karmionych przez starego śmieciarza przeniosło go na chwilę w inny świat. Wewnętrznie przesuwał się teraz szybciej niż zewnętrznie - kartki z kalendarza trzaskały jak iskry w maszynie elektrostatycznej, a słowo “gruchać” wywołało niespodziewane asocjacje. Przypominał sobie szczenięce lata pierwszych erotycznych wtajemniczeń, gdzie niepodzielnie pierwsze skrzypce grało wówczas słowo “gruchać”. Gruchają jak gołąbki albo przygruchać sobie kogoś. Na podwórku przy ulicy Jeziornej zwroty te zlały się w jedno ze słowem “ruchać” i zaczęły funkcjonować jako symbol seksu. Gruchać się z kimś czyli robić to, co wyprawia pies z suką. Pompować. Przypomniał sobie, jak w pierwszej klasie w kilka dni po rozpoczęciu roku szkolnego koledzy zaczęli włazić na koleżanki. On nagle znalazł się na czarnowłosej, drobnej Ewie i począł wykonywać rytualne ruchy podpatrzone u dorosłych. Dziewczynka piszczała i broniąc się rozpaczliwie, pazurkami utrwaliła ten moment na światłoczułej błonie Jackowego policzka. - Co ty sobie jaja robisz? - doleciało nagle. Jacek zwolnił kroku. Zresztą zwolnił już wcześniej, żeby nie wywrócić się na ślizgawkach przygotowanych przez zapobiegliwych malców, przygotowujących się do olimpiady w Calgary. Ledwo trzymający się na nogach ojciec ciągnął za ucho syna, który tłumaczył coś płaczliwie, że nie może, że nie może, bo musi iść do szkoły. Jacek podszedł do tej laokoonowej grupki rodzajowej, spiętej niewidocznym łańcuchem niemożności, i postanowił wnieść coś do ich życia, choćby gruszkę. Z braku słów czy wrodzonej nieśmiałości szybkim ruchem otworzył torbę i podsunął pod nosy dwojga zbolałych Polaków owoc pachnący, wszelkie lody łamiący. Pijany człek zgłupiał i puścił ucho. Czyż nie o to chodziło? - Pan nauczyciel, aaa, pan nauczyciel gruszki rozdaje, a co pan chce, przypierdolić czy jak? - mamrotał nietrzeźwy człeczyna przerażony nagle swą małością, bezsensem położenia, przegraną zgoła egzystencją. - Tatusiu! - ryknął malec i począł wyciągać z torby jesienną słodycz, gruszka za gruszką, i wkładać do wielkich kieszeni ojca. Kiedy już je napełnił, chwycił za nauczycielską rękę i lekko szarpnął. Na ten znak tramwaj z napisem “Jacek” ruszył, ślizgając się po chodnikowych płytach niczym po szynach. I tak doszli, przewracając się coś ze trzy razy, do szkoły imienia Sebastiana Klonowica starszego. Azaż to nie rozkosz wleźć do pokoju nauczycielskiego i stanąć przy kaloryferze?
   Tego dnia wszyscy byli poddenerwowani i patrzyli na niego spode łba. Oczekiwano na wizytację z województwa i panowało niemal powszechne mniemanie, że to za sprawą naszego bohatera wiadome organy miały pojawić się w szkole. Sprzątaczka pracowała ze zdwojoną energią, doprowadzając nawet najmniejsze zakątki do połysku. W pewnym momencie zauważono rzecz przedziwną: ukradkiem pryskała dezodorantem ściany, myśląc, że wydobywający się z nich przyjemny zapach spowoduje wesoły nastrój nieznanego wizytatora. Kiedy Jacek wszedł do gabinetu przestraszonego dyrektora, ten właśnie odwracał zaczerwienioną twarz od bogatego łona sekretarki, mówiąc: - To już trzeci raz dzisiaj i wszystko na nic. Wypowiedź dotyczyła krawata, który rozwiązał się tego poranka po raz trzeci. - On zawsze tak, gdy się pan denerwuje - rzuciła sekretarka i spojrzała niechętnie na intruza. - Chciałem słownik wyrazów... - zaczął bąkać, ale przerwał mu dyrektor. - Brzydkie wyrazy panu w głowie, co? - Co mi w głowie, tego nie wiem, a na krawacie, wie pan, powiesił się pewien poeta francuski - odrzekł Jacek. - Pewnie pederasta - odpowiedział dyrektor w swoim stylu, czekając na wybuch śmiechu sekretarki i przekręciwszy klucz w zamku, otworzył szafkę i wyjął jedną z grubych ksiąg, trzymanych tam z dala od brudnych uczniowskich łap. - Czytałem ostatnio o takim w “Skandalach”, Gajd się nazywał - pochwalił się dyrektor i dodał wyniośle: - Mówi coś panu to nazwisko? - Jeżeli było napisane Gide, to czyta się Żid - sprostował Jacek. - Nie dość, że pedał, to jeszcze Żyd, a propos de fakto w pana klasie dzieci wylewają na długiej przerwie gorące kakao w czasie picia mleka do doniczek z kwiatami i te zaczynają schnąć. Miałem takie sygnały od pań sprzątaczek. Proszę wpłynąć na młodzież, żeby więcej tego nie robiła, rozumiemy się? - zapytał Zyms. - Jak najbardziej - odrzekł Jacek spokojnie i wyszedł z grubym słownikiem pod pachą.
   Na korytarzu otoczył go zaraz rój dzieciaków, każdy miał jakąś sprawę z tych, co się nazbierały przez tydzień, a wymagały interwencji słownika. Żmudne przepisywanie trwało jakiś czas, Jacek przestępował z nogi na nogę, bo na korytarzu okropnie wiało. Chwilami wiatr porykiwał jak nie napojona krowa na pastwisku, nawet gwar dzieci wtedy zamierał, wszyscy przez moment wsłuchiwali się w wycie z nabożnym lękiem i ściskaniem w dołku. Jacek sam był jak dziecko, więc bardzo szybko nawiązał kontakt z dzieciarnią, i chociaż minęło dopiero kilka miesięcy, odkąd pojawił się w tej peryferyjnej szkole, zżył się już z dziećmi i krążył po szkolnych korytarzach zawsze otoczony wianuszkiem chcących z nim porozmawiać uczniów. Dzisiaj jednak schował się w ubikacji, chcąc pobyć sam na sam z gryzącymi go wątpliwościami. Zastanawiał się, dlaczego grono boczy się na niego i doszedł w końcu do wniosku, że wszystkiemu są winne zapiski, prowadzony sporadycznie dziennik, drukowany w postaci “felietonów emocjonalnych” na łamach lokalnego czasopisma. - Podejrzewają mnie, że przesłałem swe spostrzeżenia do województwa - pomyślał i spuścił wodę.
   “27 stycznia 1989 roku. Moja czaszka gotowa. Między palcami wyczuwam jej gotowość do lotu. Ikar spadł, bo miał za ciężką czaszkę. Nad skrajem oka skupiona łagodność, zarys tego, co będzie. Czy zazna spokoju między bryłami gliny? Moja glina czerwona. Każdy, kto tu przyjeżdża, wyjść z podziwu nie może, że ziemia może być taka czerwona. A może będą ją toczyć, kopać, popychać jak piłkę? Zwróciłem uwagę kierownikowi szkoły, że czyjaś czaszka wala się między szpargałami w szafie, ale nic na to nie odrzekł. Mają mnie za dziwaka, a on - intelektualny dorobkiewicz - w pierwszym rzędzie. Skandal zrobiłby się międzynarodowy, gdybym tę rzecz rozpowszechnił. To jest czaszka wykopana na łące obok szkoły, w miejscu, gdzie za niemieckich czasów był żydowski cmentarz. Czaszka jakiegoś Żyda, który do końca życia zachował wcale niezły garnitur zębów, leży w kartonowym pudełku po butach w szafie naprzeciw mojego biurka. Jest żółta, a miejscami brązowa. Jeden z trzonowych zębów wypełniony srebrzystym metalem. I to w mojej klasie. Makabryczne odkrycie. A może będą ją toczyć, kopać, popychać jak piłkę”
   Z zamyślenia, z ciepła przykaloryferowego gniazdka wyrwały go szepty i syki. - Na dyżur! - No, dyżur! - Ruszać się, panie Jacek, ruszać! - zerwawszy się raptownie, wyrwał zaplatany w prawą rękę kabel. Słodką muzykę, trele Mozarta uciął jak nożem i kiedy nachylił się, by ucapić zapadłą pod stół wtyczkę, zobaczył demonstracyjnie wyeksponowany gazetowy strzęp pełen jego wierszy. Nastąpiło symboliczne spalenie na stosie (poprzez płody jego umysłu) samego Jacka, wyżenienie go z grona. Splunięto mu w twarz, rzucając szczątki jego alter ego między skrwawione podpaski, pieczołowicie pozawijane w pasy wyszarpnięte z prowincjonalnej gazety. Kolebał się między tymi zwojami piskliwy głos, ale skuteczne trąby Bacha zagłuszały ten coraz mniej znaczący monolog liryczny. Własne szepty w koszu usłyszał, wychodząc, i ze łzami gotowymi do wypłynięcia stanął fejs tu fejs z wrzeszczącą młodzieżą wychodzącą z gabinetu języka angielskiego. Milena, miejscowa piękność z klasy ósmej omal nie wybuchnęła śmiechem na widok jego twarzy rozmamłanej i rysów napiętych do granic. On omal nie wybuchnął śmiechem na jej widok, bowiem znów ubrała się nadzwyczaj dziwacznie, a włosy skręciła w taką ilość śmiesznych koralików, jakiej historia tej szkoły jeszcze nie znała. Stali tak przez chwilę z rozdziawionymi gębami pełnymi niespełnionego śmiechu, gdy rozległy się ledwo słyszalne w tej ciżbie dźwięki fletu, które rozproszyły okolicznościowe napięcie powstałe między nimi i odrzuciły ich od siebie. Odpłynęli, niesieni falą uczniowskiego tłumu, w dwa przeciwne kierunki. Drugim dyżurującym nauczycielem był tego dnia Szczepan Andrejków, nauczyciel muzyki, który nastawszy się w tym oszałamiającym huku, doznawać zaczął silnych bólów głowy, wręcz sensacji psychicznych. Sam już nie wiedząc, co czyni, wyrwał ze swej jak zawsze przepełnionej kieszeni flet i zaczął grać “Ave Maria” współczesnego kompozytora Stanisława Skupuły - a co większe łobuzy niczym zahipnotyzowame węże przystanęły na chwilę i dysząc ciężko wsłuchiwały się w nieznaną im muzykę. Nie trwało to długo, lecz nawet te dwie zbawcze minuty ukoiły stargane nerwy obydwu belfrów, a wkrótce dzwonek wyzwolił ich od przykrego obowiązku, wyrwał z kipieli i rzucił na gościnny brzeg pokoju nauczycielskiego. Siedząc w jego zaciszu, długo jeszcze łapali powietrze, jakby naprawdę dopiero co wypłynęli z nielichego gówna.
   Tego dnia lekcje przebiegały mu nadzwyczaj szybko, drgnęły nawet opasłe kolosy z okolic ostatnich ławek. W mijających minutach zaczął odnajdywać dobrze znaną lekkość, wypełniało go drżenie, egzaltacja rosła wprost proporcjonalnie. Nieomal płakał, omawiając “Testament mój” Słowackiego na ostatniej lekcji, chrypiał i piszczał, żałośnie przy tym pokasłując. Opuszczał szkołę, dobrze wiedząc, że już do niej nie wróci. Po raz szósty w ciągu ostatnich kilku lat wyruszyć miał w nieznane. Jeszcze tego dnia rano nic na to nie wskazywało, skąd więc w ciągu niespełna kilku godzin lekcyjnych dowiedział się o tym, jak to w sobie odnalazł, trudno orzec. Spakował liche manatki i nadzwyczaj starannie omijając drzwi sąsiadów, wyruszył w stronę ulubionych wzgórz. Mazista ścieżka wiła się pod stopami i rzucała nim na wszystkie strony niczym ostatnim wagonikiem kolejki wąskotorowej. Przytrzymał plecak, żeby go nie utytłać w błocie. Zza pagórka wychylił się Biedronacki Masyw, na którego łagodnych, obłych stokach tak lubiło się zatrzymywać jego oko. Penetrował dość długo znajome zakamarki i szczeliny oddalonej przestrzeni, ale niczego wyjątkowego nie wypatrzył. Czy to mgła zwisająca z nieba pokracznie niby zamoczona firana, czy przejrzysty opar szeleszczący nad doliną - w każdym razie znaku żadnego nie wypatrzył. Kiedyś dopatrzył się zarysu rozbitej głowy Apollinairea i już następnego dnia jakiś sprośny uczniak ugodził go płaskim, dobrym do puszczania kaczek, kamykiem w samo czoło, aż krew się puściła i zalała binokle. Innym razem wypatrzył kształt kobiety, cieleśnie najwyraźniej prawdziwy, i jeszcze tego samego dnia szamotał się miłośnie z młodą sprzątaczka Weroniką na stosie miotał i ścierek ostro pachnących pastą do podłogi. Dzisiaj jednak znaku żadnego dopatrzyć się nie mógł, czy może nie umiał bądź nie chciał. Rezygnacja zajęła jego serce, nie pozwalając zaangażować się zbyt poważnie i mocno w cokolwiek. Sinoszpatackie Pasmo na północnym wschodzie wydawało mu się dziwnie czarne i małe, jakby przez jedną noc skarlało; szukał niecierpliwie maleńkiego krzyżyka wieży widokowej na szczycie Kalenicy i wreszcie dojrzał. Po chwili błysnęło coś właśnie z krzyżyka i mimo mgły dotarło do jego świadomości - jakby tylko dla niego przeznaczony błysk nadziei. Ciche porozumienie między przypadkowym znakiem a nieprzypadkowym odbiorcą. Pragnący znaku doczeka się go na pewno. Czy to znaczyło, że musi udać się na północny wschód i góry przeskoczyć, czy raczej powinien od tego momentu bardziej gorliwie uczepić się symboliki krzyża... Idąc w stronę stacji kolejowej, zaszedł po drodze do pomocniczego kościółka, mającego w swym kształcie coś z krzyża, nie pamiętał tylko dokładnie, o co to chodziło. Ruch tam panował niezwykły. Stropiony, w pewnej chwili chciał odejść. Dyrygująca tym wszystkim siostra zakonna, biorąc go widocznie za kogoś innego, może członka tej oszalałej wspólnoty, wręczyła mu trzepaczkę i oddaliła się szybkim krokiem, nawołując kogoś niewidocznego z tej strony muru. Plecak złożył pod drzewem i począł trzepać olbrzymi czerwony dywan, którego złote desenie miały coś z figury kielicha.
   Belka trzepakowa zawieszona między dwiema potężnymi lipami, wystawiona na wiatr i słońce, bielała nad doliną. Kto stał teraz w dole, mógł ją doskonale widzieć i swoje myśleć; a Jackiem zachwiało, gdy przeciągnął dywan na swoją stronę i z nagła się nim objuczył. Uginał się i zataczał, ciągnąc za sobą chyboczący cień, usiłował wleźć na stopnie kościoła. Znów go zarzuciło. Oparł się o żelazny płotek zwieńczony kunsztownie kutymi szpicami, przypominającymi dzidy afrykańskich wojowników. Groty weszły miękko w dywan, a Jacek uwolniwszy wreszcie jedną z rąk, otarł z potu czoło. Za plecami miał przepaść pełną wijących się schodków, osypującej się ziemi, drzewnych pni zsuwających się ku rzece mętnej, cichej i słabej. Zalatujący od czasu do czasu smrodek też był dziełem tej rzeczki, zaś sama rzeczka w swej obecnej postaci była dziełem rąk ludzkich mozolących się od dawna, by ściek z niej zrobić bez ducha i pstrąga. Gdyby Jacek odwrócił się, dostrzegłby może sunący drogą przy rzeźni i rzeczonej rzeczce kondukt pogrzebowy magnata miejscowego biznesu, który jako pierwszy w okolicy zatruł się jadalnymi, czekoladowymi prezerwatywami. Gdyby spojrzał, dojrzałby i mecz piłkarski rozgrywany w pokorze przy anemicznie reagującej półpijanej publiczności. Pokora unoszącą się w mglistym - teraz lekko prześwietlonym słońcem - powietrzu, brała się z faktu, że miejscowa Pogoń czy Sparta brała baty, z którymi tutejsi kibice dawno zdążyli się oswoić. Z wysokości kościelnych tarasów figurki piłkarzy wydawały się nakręconymi ludzikami, z których jeden, w czarnym odzieniu, nawet gwizdać potrafił, co było zasługą jakiegoś dodatkowego mechanizmu wkręconego gdzieś w zadek. W głuchej niszy - pochłaniającej wszystkie dźwięki - wydrążonej w stromym wzgórzu, w zieleni tamtego sportowego zakątka, wybuchały niezdarne okrzyki szybko dławione przez poszarpaną ścianę lasu. Honorowa bramka strzelona przez ulubieńca tłumu, Henryka Nogajłę, wykrzesała z narodu jaki taki entuzjazm i rzucił się wreszcie na miasto porządny i zorganizowany wrzask, który zalał mrowiącą falą podwórka i uliczki.
   “4 kwietnia 1989 roku. Pukają i pukają jak nakręceni. Mogliby już odejść od drzwi. Mówią o jakimś bogu, gorąco w to wierzą. Deska, z której zrobione są drzwi, ma 20 milimetrów grubości, lecz dla mnie jest przezroczystą szybą, i widzę twarze z przylepionymi do ust, niczym pety, uśmieszkami wyższości, zadufania. Znaleźli swoje Trzecie Wyjście. Religijni chodziarze. Metafizyczni domokrążcy; perkaliki i koraliki w tandetnej walizeczce. Zaś inni uczepieni szat Jezusa. Też im się wydaje, że wymigają się od odpowiedzi, że przemkną niepostrzeżenie na drugą stronę, jako te wszy w brudnych włosach zdrożonego Mesjasza. Pukają, bo myślą, że im wolno, skoro już raz zostawili swoją kolorową, pouczającą gazetkę, zaznaczyli terytorium mętną szczyną, jehowym bobkiem. Szeleszczą zadrukowanym papierem za zbawienną deską jak korniki. Przytulam do drzwi rozpalony policzek. Coś uciska pierś. Nie można się wyrwać. Wszystko zakłamane. Tak naprawdę to trudno wyjść na ulicę. A ci pukają. Pukają. Pewni siebie. Pewni swego życia, świata, znaleźli sposób na rzeczywistość, maskę, w której można pokazać się na ulicy, nie ugiąć się, żyć spokojnie, normalnie. Namaszczeni olejkiem tej swojej pewności. A cierpienia poszukiwacza Trzeciego Wyjścia są nie do opisania, bo nic bardziej nie przemawia za byciem niż za niebyciem. Rachunek szczęśliwych chwil i tych straszliwie gorzkich, nudnych i czczych jest w miarę równy.”
   Obrócił się na pięcie i spojrzał bystro ponad dachy Starej Poręby, jakby chciał wypatrzyć ten skórzany, okrągły przedmiot tkwiący w zwojach siatki rozciągniętej między słupkami. Zobaczył garstkę maleńkich główek przesypujących się teraz, podskakujących, jedna ich część wylała się nawet na murawę. Błysnęło coś w tym boiskowym zakątku, huknęło, zawyła policyjna syrena, potem wszystko wróciło do normy. Pod nogami też coś huknęło. Groty nie wytrzymały. Rzucił się za tym, zrozumiawszy, co się stało. Spóźniona, bezsensowna reakcja. Co on chciał łapać? Przecież już huknęło i pacnęło; zamachał rękami, ale tylko suche liście z gałęzi zdarł, zaprzepaścił trzepaczkę. Pisk usłyszał w tym pacnięciu. Teraz go sobie uświadomił. Dywan łupnął o schody, przytłumiając odgłos upadku na jakimś cielsku, obrysował czyjś kształt, przygniótł, przydusił. Zbiegł szybko i począł szarpać się z dywanem - leżącym sobie spokojnie przez rok w tej świątyni na wzgórzu (u stóp tabernakulum, deptany tylko przez kapłana i ministrantów, nawet dużo kurzu nie było), a teraz narażonym na przygody i przejścia, jakich do tej pory w swym spokojnym bycie okadzanego przedmiotu kultowego nie zaznał. Wiatr, słońce, uderzenia, upadek, zabicie psa. Hej! Któż znałby imiona wszystkich kundli wałęsających się po miasteczku. Jacek wyszarpał spod śmiercionośnego zwoju zwłoki psa, jakiego jeszcze nie widział, o jakim jeszcze nie słyszał. Nie był zbyt duży, ani zbyt mały, nie był zbyt czarny ani zbyt biały. Jakiś pospolity i nietypowy zarazem. Oczy wybałuszył na Jacka, jakby czekał, że to on właśnie mu je zamknie. Kiedy Jacek zbliżył prawą dłoń do psiej głowy, kundel nagle drgnął i chwycił ją zębami. Jacek krzyknął i cofnął się o dwa kroki. Pies odzyskał przytomność, chociaż nieco chwiał się na nogach i kuśtykając zmykał ścieżką pod murami otaczającymi kościół. Pies się wyliże, pomyślał. Nad psem jakaś opatrzność czuwa. W ogóle zwierzęta jasno mają określone ścieżki, tylko człowiek błąka się i szamocze. - Tylko człowiek - powiedział półgłosem. - Co tylko człowiek? - zapytał go ktoś, kto swe buty zwykł malować różnobarwnymi farbkami. Buty te wystawały spomiędzy prętów żelaznego ogrodzenia, znajdując się właśnie nad głową Jacka. - Nie, nic, panie Walasek. Ja tak sam do siebie - powiedział, unosząc głowę i omiatając spojrzeniem tykowatą postać niespodziewanego rozmówcy. - Ja też sam do siebie, bo tu nikt z wariatem nie chce gadać. A ja tylko raz w zakładzie. Dali mi papier, że jestem zdrowy - powiedział Walasek i zaczął szukać czegoś w kieszeni. - Nie trzeba, panie Walasek, mnie to niepotrzebne. Ja nie dzielę ludzi na normalnych i nie - cichym głosem odezwał się Jacek, a Walasek przestał szukać, uspokoił rozbiegane ręce i oczy, wpatrując się w twarz Jacka. Trwało to jakiś czas. Raptem Walasek schylił się i podniósł leżący obok balustrady plecak. - Może mi go pan rzucić - krzyknął Jacek, czym wystraszył Walaska, który zerwał się, jakby chciał uciekać. Nawet przebiegł parę metrów, lecz po chwili wrócił i rzucił plecak. Jacek złapał go zręcznie, uśmiechnął się i machnął ręka na pożegnanie. Poszedł tą sama ścieżką, którą przed chwilą pokuśtykał pies.
   Na stacji nie było nikogo. Zdumiało go to. Za chwilę miał się pojawić pociąg, a tu ani żywego ducha. W ostatniej chwili dowlokła się babcia z laseczką, potem wpadło zziajane młode małżeństwo z dzieckiem i olbrzymim plecakiem, a na końcu rakarz na emeryturze, niejaki Nizioł. Lokomotywa zasapała się niemiłosiernie, ciągnąc cztery wagoniki chyba jeszcze z ubiegłego wieku. Osoba urzędowa w kolejarskich dystynkcjach, która wyszła na peron, by przywitać i odprawić skład, sprawiała wrażenie chorej bądź zaspanej. Nikt nie zapowiedział nadejścia pociągu - coś wprawdzie powarkiwało w głośnikach - toteż sapiąca lokomotywa zmaterializowała się dość zaskakująco i wysunęła się z mgły jak instrument z futerału, dziwiąc zebranych słuchaczy, że to już. Sądząc po odgłosach, symfonia miała jeszcze trwać parę minut. Maszynista zgubił nuty i zanim znalazł partyturę, którą pomocnik chciał mu w palenisko wrzucić, nasi podróżni zdążyli wsiąść i zająć miejsca. Mrugały lampy jarzeniowe, w powietrzu unosił się kwaśny zapach węgla i pary. Wszystko pokryte było węglowym pyłem. Staruszka, zanim usiadła, rozłożyła na siedzeniu gazetę “już przeczytaną” - tak poinformowała Jacka, prosząc go, by zamknął okno. Tuż przed porębską stacją był długi tunel i przez nie zamknięte okna nawciskało się sporo dymu. Dziecko pokasływało. Jacek mocował się z uchwytem okna, w końcu coś jęknęło, pociąg ruszył, a on został z uchwytem w ręce. Okno zawisło na jednym stalowym drucie i nic nie wskazywało na to, by dało się kiedykolwiek zamknąć. Pociąg rozpędził się i począł hamować. Stara Poręba Przedmieście - maleńka stacyjka przy dużej likwidowanej kopalni węgla i łupku ogniotrwałego. Ponure twarze pozbawionych sensu życia górników przemknęły za szybą przedziału, jakby na panoramicznym filmie, i w kłębach machorki przeniosły się gdzieś dalej. Zwyczajny rytm rozpędzającego się pociągu zakłócił nagle sygnał alarmowy, coś w rodzaju dźwięku trąbki, i nagły pisk hamulców. Uderzone czymś dziecko rozpłakało się. - Wysiadać, wysiadać - ktoś darł się jak opętany. Był to konduktor. - Nie ma jazdy. Przesiadka na autobus. Szybciej, szybciej!
   Najwyższy w byłej monarchii wiadukt rozpadł się podczas ostatniej nawałnicy. Dalsza jazda miała odbywać się za pośrednictwem autobusów. Na miejscu powiedziano im, że autobus z jakichś przyczyn jeszcze nie nadjechał, więc mogą spokojnie przejść do poczekalni. Czekali cierpliwie i chociaż niespodziewanie szybko minęła godzina, czekali dalej, wierząc, że niebawem znów ruszą przed siebie. Dziecko zasnęło na rękach i był względny spokój, przerywany hałaśliwym dokładaniem do dymiącego piecyka. Mocno naburmuszony, wręcz wściekły osobnik gwałtownie napełniał łopatkę węglem i z rozmachem lokował jej zawartość w rozwartym pysku obskurnego piecyka. Jacek przypomniał sobie nagle wiersz, w którym apokryficznie opisywał narodziny Jezusa w takiej właśnie scenerii i wśród takich ludzi. Tekst zaginął wraz z licznymi wariantami i redakcjami, to zaś, co wydrukowano w jednym z tygodników, było wersją najmniej doskonałą. Twarz Walaska, ujrzana w ciemnej głębi za szybą, przeraziła go. Nie był to Walasek, ale skąd mógł znać tutejszego włóczęgę Biodronia, zaintrygowanego wielkim ruchem na małej stacyjce, wpatrującego się w twarze obcych ludzi, wyciągającego ręce do promieniującego ciepłem pieca. Stukał w szybę i rozwarł w niby to uśmiechu usta, ukazując rząd popsutych zębów. Z tłumoka, który wyciągał przed siebie, wystawały poszarpane grzbiety brudnych książek i widok ten bardzo zebranych zadziwił. Właściwie zadziwił tylko Jacka, bowiem inni drzemali bądź cicho ze sobą rozmawiali, nie zwracając uwagi na sekretny tumult czyniony przez kretyna. Jacek wyszedł z poczekalni i zdziwił się wiatrem, który w międzyczasie się zerwał. Biodronia już nie było. Ktoś ześlizgiwał się ze stromego zbocza kolejowego nasypu. Jacek ruszył w tamtym kierunku, zastanawiając się, skąd grube tomiska mogły się znaleźć w żebraczym tłumoku. Nagle wyczuł coś pod stopami. Nachylił się i wymacał między kamieniami książkę, a za chwilę jeszcze jedną. Schował je za pazuchą i postanowił wrócić do ciepłej poczekalni. Usiadł w kącie i spojrzał na okładki. Zamazane nazwisko autora nic mu nie mówiło, książka rozsypywała się ze starości. Gotyckie litery przyciągały wzrok. Czytał przez chwilę dla samego czytania, dla dźwięku i melodii języka. Potem zaczął oglądać drugą książkę. Była mniej zniszczona i choć stało czarno na białym, że jej autorem jest jakiś Niemiec, to jednak wydrukowana była po polsku. Przerzucił parę stron i zatrzymał się na pierwszym lepszym fragmencie. “Wędrował przez dzień cały do zachodu słońca. Zanim się znowu ułożył do snu w stogu siana, modlił się zwrócony twarzą ku zachodzącemu słońcu, zaś rankiem ku wschodzącemu. Po czym znów podejmował wędrówkę.” Modlić się i wędrować? Te słowa można było potraktować jak wskazówkę. Jacek otrzepał książki z niewidzialnego pyłu, zrobiły się nagle cenne dla niego. Wcisnął je do plecaka. Spojrzał jeszcze raz w twarz śpiącego dziecka, przed którym wszelkie niespodzianki życia stały ziejącym otworem, i opuścił budynek stacji. Postanowił ruszyć w ślad za włóczęgą. Już wiedział, że było mu to przeznaczone.

DOM
   Antoni, najstarszy brat, urodził się w czterdziestym piątym we Lwowie, Roman w czterdziestym dziewiątym w Makowie Podhalańskim. Tylko my z Januszem na miejscu. Mieliśmy jeszcze siostrzyczkę Olgę, w pięćdziesiątym którymś zabrała ją szkarlatyna. To było przed moim urodzeniem. Sąsiadka, stara panna, której nie pamiętam, tak kochała Olunię, że podobno wylewu dostała na wieść o jej śmierci. Oczekiwany byłem jako zadośćuczynienie czyli dziewczynka. Zdaje się, że zawiodłem ojca. Na szczęście dom był duży, nie to, co teraz, te nowomodne klitki. Wtedy nikt na siebie nie właził ze swoim żalem. Bywały dni, że wcale ojca nie widziałem w ogromnych przestrzeniach miedzy piwnicą a rozgałęzionym strychem, w wysokich pokojach, między komórkami i klatkami na króliki, wreszcie na ulicy. O, moja ulico... Mam wrażenie, że przyśniłaś mi się razem ze zwariowanym światem lat sześćdziesiątych. Najpierw byłaś polną dróżką prowadzącą na księże łąki, tratowaną racicami stad gonionych na uroczyste spędy rolnicze. Potem na moich oczach ubrano cię w ciężką zbroję bruku. Wąsaci i grubi brukarze, suwając kawałami świńskiej skóry na kolanach, obstukiwali twoją kamienną opuchlinę, aż wreszcie któregoś dnia zniknęli, uznawszy, że świecisz przykładem innym sąsiednim, tonącym w glinie, ulicom. Świecisz w mojej pamięci, ulico, świecisz krwią bójek, plwociną kresowych przekleństw, błyskawicami góralskich zawołań. Szlifowałem twoje bruki, zdzierałem kolana i najlepsze spodnie, wracając z procesji czy pochodu. Tu podskakiwał pierwszy rowerek i kart zrobiony ze starych łożysk i wyżebranych w tartaku desek. Któregoś dnia zalali cię asfaltem. Zrobili to tak szybko, że nie zdążyłem tego zachować w pamięci. Przyszło się ze szkoły i już. A woda inaczej asfaltem płynie, inaczej uderza deszcz, śnieg w inne układa się wzory. Czy to nie wtedy czas zaczął płynąć inaczej? Zrywał się i hamował gwałtownie. Spokojny rytm konnych wozów, wywożących cegły z ciągle dymiącej cegielni, przeszedł w gwałtowność ciężarówek. Pojawiły się taksówki, garaże, motocykle, prawdziwe polskie rowery, a nie jakieś poniemieckie, pordzewiałe damki. Triumfalne przejazdy furmana Dudka, zabierającego po drodze całą chętną dzieciarnię, przeszły do historii. Ciężarówki nie chciały się zatrzymywać. Rozebrano gospodarstwo Barańczaków. Przygotowywano się do budowy osiedla.
   Dom był duży, pękaty, szary. Nawet dachówki miał matowoszare. Na innych domach królowały zgrabne i czerwone, a na naszym wielkie, węglowe, grafitowe placki. Jego dni były policzone, lecz wtedy nikt o tym nie wiedział, żyliśmy, jak potrafiliśmy. Repatrianci topili smutek w bimbrze pędzonym przez zezowatego Musiała, dzieci biegały za starą Niemką, licytując się, kto ją trafi w głowę. Bohaterstwem było nie wpaść w łapy jej olbrzymiego małżonka, miotającego jakieś straszliwe przekleństwa, siejącego postrach okutą laską wymalowaną w alpejskie szarotki. Nigdy nie nauczyli się polskiego. Trwali w uporze. Prowokowali, szwargocząc natrętnie, trzymając się dumnie za ręce. Pewnego razu śledziłem ich bardzo długo, doszedłem na cmentarz. Stary o mało mnie nie rozdeptał, szybko wsunąłem się w krzaki. Dźwigał wiadro. Niemra wyrywała chwasty z grobu. Potem zapalili świeczkę, pomamrotali i poszli. Grób był nieduży, skromny. Ernest Traumer. Wtedy nie wiedziałem, że to ich syn. Byli wrogami. Mówili jak ci, do których strzela się w filmach, jak ci, co nie mają serca i uczuć, nie mają wyobraźni i wrażliwości. Zabija się ich bez wyrzutów sumienia.
   Od tamtego czasu nie widziano mnie na pierwszej linii walk z germańcami, pętałem się gdzieś z tyłu, a moje kamyki były najmniejsze, najbardziej zawstydzone. Już wiedziałem, dlaczego zostali. Strażnicy grobu. Matka mi wytłumaczyła. Stary Niemiec umarł, gdy byłem w drugiej klasie. To był dziwny rok. Zniknęli z miasteczka Żydzi, w tym mój ulubiony taksówkarz, Wajdenfeld. Potrafił zatrzymać swoją warszawę i przepraszając klientkę, mówić: - O, Jacek wędruje ze spodniami, podwieziemy go. Nieraz szedłem kilka kilometrów, odnosząc poprawiony garnitur albo skończone spodnie. Potem już na rowerze. Gdy mnie mijał, świecił i trąbił. I takich ludzi wypędzili. Ojciec z jakimś zadowoleniem wsłuchiwał się wtedy w warkoczącego pioniera, w dudniącą Wolną Europę. Szwab leżał w dole wodospadu, rozciągnięty jak ogromny pająk w sieci rozbryzganej krwi. Milicja szukała tego, który go tam zepchnął, ale chyba nie znalazła. Stara Niemka zmalała w tych dniach, skurczyła się i przemykała chyłkiem pod zaliszajonymi ścianami. Wkrótce słuch o niej zaginął, może jakaś rodzina z Niemiec upomniała się o umę. W tym czasie dowiedziałem się, że grobowiec z czerwonego piaskowca, ze złotym napisem LEDDER ma coś wspólnego z moją ulicą. Podsłuchałem rozmowę krawców, którzy spotykali się co miesiąc, obradując i tego pijąc. Tym razem wypadło na ojca. W warsztacie aż zabrakło krzeseł. I usłyszałem piskliwy głos jedynego w tym towarzystwie garbusa, postrachu dzieci, co miał warsztat na Woliborskim Przedmieściu. - Opowiadał mi jakiś Szkop, że ten Ledder mieszkał na Jeziornej. Miał karczmę na rogu ulicy, ale interes kiepsko się prowadził. Kto się kiepsko prowadził (głos ojca). I jedno, i drugie (garbus musiał już mieć w czubie). Książki go zgubiły. Ja zawsze mówię gówniarzowi, nie czytaj tyle, tylko pilnuj interesu. A jaki twój mały ma interes? Mało się tam za łby nie wzięli.
   Straszne dwie piwnice pełne węgla i tajemnic. W jednej szczególnie duże bryły, które bracia łupali młotami. Obok wykafelkowana ubikacja, do której schodziło się po trzeszczących schodach. Pokoje jak pokoje, ale za to strych! Tak mnie tam ciągnęło do wszystkich zakamarków. I jeden olbrzymi jak lotnisko pokój, w którym graliśmy w piłkę w deszczowe dni. Umarł ojciec, i w odstępie kilku miesięcy umarł dom. W planach budowy nowej drogi dojazdowej do osiedla była ta śmierć. Białoruśki rozerwały go jak jastrzębie kurczaka. Stalowe liny wpiły się w ściany i nagle to, co było schowane, tylko nasze, wyszło. Wybebeszyły się tapety, wzorki na ścianach, tekturowe przepierzenia, prowizoryczna łazienka. Gromada dzieciaków stała jak skamieniała, uświadomiwszy sobie nagle, że nie ma nic trwałego na tym świecie. Bo nawet dom. Kupa gruzu. Udawałem zucha, który śmieje się i dowcipkuje. Nocą zrywałem się zlany potem i łzami. Śnił mi się dom, jeszcze cały i zdrowy. Dom żywy i prawdziwy, jak ktoś bliski, jak człowiek, który nie chce iść na operację, bo wie, że już z niej nie wróci. Dom, który prosi.
   Spałem na złocie, nie wiedząc o tym. Zresztą, na czym myśmy nie spali. Jeszcze przez dwa lata zatrzymywali nas obcy ludzie i komentowali naszą beztroskę. Jak to, nie przeszukaliście ścian, tyle bogactwa, tyle wszystkiego. Coś tam ojciec wyciągnął zaraz po przyjeździe, potem przestał szukać zadowoliwszy się miśnieńską wazą, która po latach, zupełnie zdegradowana, pełniła rolę pojemnika na klucze. Kaczki zrywały się na niej do lotu. Z drugiej strony niebieskie szuwary, gniazdo, długa, łabędzia szyja. A wystarczyło zerwać deski w sypialni. W kasetce złote monety restauratora, który myślał, że zaraz wróci. Porcelana, naczynia, garnki, koce, pościel, bibeloty i książki. Najwięcej książek. Zachodzę kiedyś do kumpla. Na stole wysoka sterta oprawnych w skórę książek, złocony gotyk na okładce. Skąd to masz? Nie wiesz? Wszystko od ciebie wyniesione, jak rozbierali. Odyseja, Iliada, Don Kichote, Czarodziejska góra. Spałem pozawijany w te stronice, otoczony mnóstwem książek, promieniowały na mnie. Obudziły.
   Tymczasem dom zrastał się w snach, w których wszyscy byli razem. Ojciec żywy i trzeźwy. Matka uśmiechnięta i bez żadnego siniaka, najpiękniejsza w świecie. Antoni zaraz wychodzi na nockę, ale jeszcze serdecznie ściska się z ojcem. Pierwszy raz to widzę. Nie wiem, jak mam się zachować. Czy też pocałować? Romek na przepustce z tego wielkiego świata, do którego się tak wcześnie wyrwał. Janusz z dziewczyną, którą wszystkim przedstawia, nawet takiemu pędrakowi jak ja. Siedzimy przy stole. Biały obrus. Jakaś wigilia czy coś. Nie ma pośpiechu, nie ma nerwów. Trzeszczy igłowy adapter, wirują wielkie, czarne krążki z kolędami. Puka spóźniony klient, matka wydaje mu garnitur. Sen ucieka, przytłoczony narastającym szumem i ciężarem. To się nie mogło udać. Ściany nie pozwoliły. Ból ścian, gorycz wypędzonych. Czuliśmy się obserwowani. Najbardziej matka, chociaż starała się ukrywać swoje skrępowanie. Zasłaniała lustra, widziała w nich obce twarze. Ojciec pukał się w czoło. W zimnym pokoiku z telewizorem, w którym musiała kochać się z ojcem, znaleziono kilkanaście portretów przedstawiających największych filozofów, jakich wydała cywilizacja. Patrzyli na nią, gdy to robiła. Dlatego urodziłem się taki zawstydzony. Dlatego wstyd towarzyszył mi od dziecka. Tylko na początku nie wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Ciemna i krzywa fizys Spinozy, choć już bez misternie rzeźbionej ramy, rozdeptanej szabrowniczym butem, stoi na moim biurku. “Dzieje moich czterech samobójstw związane są z wieloma perypetiami duszy domu, o których nie chciałbym mówić, zaznaczając, że to, co najbardziej boli, znalazło już wyraz powyżej.”

PRÓBY ŻYCIA
   Śnieg przedostał się przez szpary i mącznym osadem pokrył parapet salki katechetycznej, której okna wychodziły na płaski dach “Splotu”. Jacek patrzył na ruchliwe cienie za szybami manufaktury, a kiedy uchylił okno, do jego uszu dobiegł rytmiczny klekot krosien. Jeden z pierwszych wywiadów, jakie przeprowadził dla “Niezależnej Poręby”, dotyczył likwidowanego “Splotu”. Szczękliwa muzyka wypełniająca ciasne uliczki przykościelnego dzieciństwa. Wileńskie kilimy, huculskie pasiaki, narzuty grodzieńskie. Odchodzący świat uroczych, śpiewnie zaciągających, staruszek z koła kultywowania tradycji. Z rozmyślań wyrwał go nagły hałas dobiegający z korytarza. Skrzypnęły drzwi i weszło kilku chłopców, pytając, co teraz mają robić. Zeszli na dół. Jacek otworzył bagażnik, a oni zaczęli wnosić na piętro naręcza zadrukowanych kartek. W słońcu błyszczała czerwona skoda pamiętająca rok wiktorii polskich piłkarzy, zatrzymanych w marszu do mistrzowskiego tytułu tym jednym strzałem lewonożnego Gerda. Przeżywał to wszystko w Białymstoku, na wakacjach u ciotki Zofii. Chodziło się do sąsiadów na telewizję i w wielkiej gromadzie komentowano każdą akcję, każdy strzał. Nareszcie Polska była w czymś ważna, triumfująca i wielka.
   Jacek wygrzebał z szeroko otwartego bagażnika ostatnie egzemplarze i poszedł nadzorować pracę. Gazeciarze porozkładali się na długich stołach i pracowicie łączyli ze sobą strony. Po chwili do trzasku krosien i krakania gawronów doszedł odgłos falcowania, szelest przesuwanych stert. Chłopcy brali po kilkadziesiąt egzemplarzy własnoręcznie złożonej gazety i zapisawszy się w zeszycie, wychodzili na miasto. Niektórzy szli w stronę wielkiego osiedla, inni woleli prywatne, parterowe domki rozrzucone na łagodnych zboczach Borówkowych Wzgórz. Byli i tacy, którzy wybiegali z naręczem “Niezależnej” wprost w zgromadzony na rynku tłum, nawołując i zachęcając do kupienia. Część nakładu Jacek wnosił do samochodu i wyruszał w świat trzynastu wiosek gminy. W każdej miejscowości znajdowało się miejsce, gdzie chętnie przyjmowano gazetę. Jeszcze niedawno poruszał się na rowerze, dźwigając papierzyska w plecaku. Nieraz towarzyszyła mu Marysia, najstarsza córka. W jej plecaku gromadziły się zwroty i kwity za reklamy. Obserwacje z tych podróży trafiały do notatnika, zasilając gminny serwis informacyjny, w tym znienawidzoną przez wójta dociekliwą rubrykę “Rowerkiem po gminie”. Trochę uskładanego grosza pozwoliło zmienić styl pracy i przesiąść się z roweru do ognistej skody... pamiętającej ( ale zdaje się, że już o tym mówiłem)...którą w tej chwili trzech gazeciarzy usiłowało wypchnąć z przykościelnego placu na opuszczającą się w dół kamienistą uliczkę. Dziekan wychylił się z okna plebanii. Radził przetrzeć świece, bowiem jak słychać zamokły. Mówił zachrypniętym głosem wiecznego mówcy i wiecznego palacza. W szybie tuż za nim mignęła wyszczerzona twarz śmierci i Jacek wzdrygnął się, jakby przeczuwając krzykliwy tytuł artykułu na pierwszej stronie. Miało to urzeczywistnić się już niebawem, ale któż to mógł wówczas wiedzieć. Chwila trwała nieśmiertelnie: gazeciarz o słomianych włosach i zajęczym spojrzeniu zacierał skostniałe dłonie, dziekan mościł sobie poduszkę na parapecie i coś chrypiał pod nosem, Jacek drwił z czasu i sadowił przebudzonego synka na tylnym siedzeniu, gospodyni wylewała gorące pomyje na lód przed plebanią, doleciał kwaśny zapach polanego popiołu. Zeszły się kaczki z sąsiedniego podwórka, by taplać się w parującym bajorku. Wieczność miała swoją słabą chwilę, pozwoliła trwać tej scenie i trwać do obłędu. Promienie słońca niczym paluchy ciekawskiego boga, wmanipulowane w tryby mechanizmu, gmerały rozpaczliwie w szczelinach ciemnych murów otaczających czerwony kościół, wystrzelający w niebo neogotyckim spazmem. I jeszcze ten filuterny kogucik na wyniosłej, połyskującej zielono, wieży; cóż za... Dziekan zaciągnął się karmenem i zaczął pokasływać, jednocześnie strzeliło w gaźniku skody. Wypchnięta i rozpędzona, zapaliła wreszcie, szczęść Boże!, tocząc się powoli w stronę Chociszowa. Tam już czekali wierni czytelnicy “Okienka Policmajstra” i innych uciesznych rubryczek stworzonych przez Jacka.
   Gdy przejmował redakcję solidarnościowego pisemka, miał przed sobą wytknięty przez prezesa Guziana cel: doprowadzić do wzrostu nakładu, nie bacząc już na pryncypia. Rok dziewięćdziesiąty pierwszy przełamywał się niczym kra na rzece i naród wydawał się zmęczony demonstrowanym wszędzie patosem nowych powinności. Społecznikowski zapał ostygł, a gazeta musiała istnieć dalej. Musiała. Tak wydawało się działaczom byłego podziemia, których prozaiczne światło dzienne i zwyczajność ludzi zaczęły mierzić. Jacek dwoił się i troił, zwielokrotniał się w kilkunastu popularnych rubrykach, żonglując pseudonimami i konceptami. Nakład wzrósł. Dorabianie do nauczycielskiej pensji nabrało rumieńców. Szczególnie bawiło go wymyślanie sloganów reklamowych. Za każdą wydębioną od sklepikarza reklamę miał sporą prowizję. Pomysły pojawiały się w nieoczekiwanych momentach. Rzucał hasło, a kilkuletni Jakub tak długo bawił się słowami, aż wychodziła niebanalna zbitka, godna pierwszej, najdroższej, strony. Potem jeszcze zwyczajowa kłótnia z emerytowanym drukarzem, starym konspiratorem o to, dlaczego na pierwszej stronie zbrodnia w Przygórzu i reklamy, a nie wizyta biskupa i poświęcenie świetlicy.
   Jak długo mogło to trwać? Odebrać z drukarni, sfalcować, rozwieźc, rozliczyć gazeciarzy, zdobyć reklamy, zgromadzić materiały, przeprowadzić rozmowy, napisać teksty, poprawić teksty, ułożyć krzyżówkę, rozesłać nagrody, dobrać fotografie, zrobić makietę... Pewnego razu, gdy jeden z gazeciarzy ukradł złoty pierścionek, leżący u jakiejś staruszki na szafce w przedpokoju, i w redakcji pojawiła się policja, przebrała się miara. Wieczorem poszedł do prezesa, do jego samotnej willi przy parkowej alei, i złożył rezygnację. W domu przy Jagiellońskiej, w przekrzywionej kamienicy z pękniętymi ścianami, ucichło, uspokoiło się. Przestał natrętnie dzwonić telefon, nie słyszało się trzaskających drzwi, bieganiny gazeciarzy, ciągłego człapania staruszków skarżących się na administrację i sąsiadów. Skończyła się zabawa słowami, Marysia nie musiała martwić się nowym horoskopem, zaś Janka, druga córka, trendami w światowej modzie. Skończyło się szukanie porad babuni, przepisów ciotuni i ustalanie, kto umarł w gminie, a kto w mieście, jak przebiegały chrzciny w Wilkoszowie czy Nowiźnie. Miasto znów zatrzasnęło się w świadomości Jacka, ale już nigdy nie miało być tym romantycznym i poetyckim miejscem pośród wzgórz i nieodległych gór. Odkryły się tajemnice, wyświetliło zakulisowe życie, idylla okazała sie być podszyta czymś niepokojącym i interesownym. Co innego wiersz, co innego proza. Ucichło, uspokoiło się, zaczęły powracać stare historie.
   Ostry gwizd przeszył stęchłe powietrze podwórza. Dwa stare, usmarowane sadzą gołębie leniwie wzbiły się ponad rynny. Po chwili uspokojone przysiadły na spróchniałej desce wysuniętej z gołębnika. Gwizd powtórzył się. Tym razem gołębie podskoczyły tylko, za to z okienka obok ich siedziby niespodziewanie wyłoniła się ciemna, kędzierzawa głowa. - Jacaa! Idziemy! - krzyknął ktoś z głębi podwórza, z jego studziennego, niewidocznego dla oka, dna. - Dobra, dobra. Zaraz... - odrzekł leniwie Jacek i zniknął w okiennym otworze. Senne popołudnie jednego z pierwszych wakacyjnych dni. Niebo przemyte deszczem promieniało w słońcu, zachęcając do wyjścia z domu i szukania przygód, mimo zabłoconych chodników i olbrzymich kałuż. Na dach komórki babci Cyziowej wspiął się wysoki, jasnowłosy chłopak. W stercie śmieci, piasku i desek leżała tam żółta piłeczka palantowa. Najwyraźniej ona była celem jego wspinaczki. Już się wyciągał na brudnej papie pokrywającej dach, jedną ręką sięgając po upatrzoną rzecz, gdy nagle rozległ się cichy, charakterystyczny trzask i uwolniona z nogawki opalona noga uderzyła o rynnę. Chłopak syknął z bólu i zamarł. Wiatr majtał rozdartą nogawką. Po chwili jasnowłosy delikatnie przeniósł nogę ponad fatalną rynną i wsunął się, już bezpieczny, na dach. Bezszelestnie przesuwał się do upragnionego celu. Nagle drgnął. Okrzyk “Genooo!” odbił się echem po całym podwórzu. To jego wołano. Prawdopodobnie chłopiec, którego pełną ciemnych kędziorów głowę mieliśmy już okazję podziwiać w strychowym okienku, zszedł na dół i począł wzywać przyjaciela. Babcia Cyziowa strzepnęła ręką gazetę, którą osłaniała się przed słońcem. Podniosła głowę. Wstała z leżaka, pilnie nasłuchując, śmiesznie przy tym przekrzywiając głowę. Ruszyła przed siebie wpatrzona w dach swej komórki. Zawróciła. Podniosła leżącą obok leżaka leszczynową laskę i niespodziewanie raźno ruszyła w kierunku komórki. Schowała się za węgłem. Jasnowłosy z piłeczką w ręce opuszczał się właśnie na zieloniutką murawę, pokrytą kaczym i gęsim łajnem, i już jego stopy dotknąć miały ziemi. Lecz nie dotknęły, zawisły w próżni, a po chwili jak szalone odbiły się od drzwi komórki i ponownie znalazły się na dachu, po drodze zebrawszy sporą porcję razów. Bojowy okrzyk babci Cyziowej długo jeszcze błądził w zaułkach, zajadle ścigając uciekających. Bo nie tylko Geno uciekał, gdzie pieprz rośnie. Oprócz niego kilku jeszcze osobników spod ciemnej gwiazdy wyłoniło się nie wiadomo skąd i uciekało, coś tam widocznie mając na sumieniu. Na górce najlepsze kwatery były już zajęte. Geno wraz z Jackiem dopadli wolnej nory wygrzebanej w rozgrzanym piachu pod zdziczałą gruszką. Usadowili się zgodnie, szybko nasunęli na siebie, kilka zielonych gałęzi i straszliwie sapiąc, wypatrywali niebezpieczeństwa z leszczynową lagą w ręce. Ale od zachodu nic nie nadchodziło. Za to ze wschodu nadciągały ciemne chmury. Zanosiło się na deszcz. Znów otwierała się przed chłopcami perspektywa długiego siedzenia w domu. Ledwie skończył padać jeden deszcz, a już drugi zapowiadał się na niebie. Spuścili nosy na kwintę. Zapomnieli o grożącym niebezpieczeństwie. Na podwórku babcia Cyziowa wylała z siebie wszystkie pomsty do nieba i teraz zmęczona leżała na swoim leżaku, dysząc z upału i żądzy zemsty. Chłopcy markotnieli coraz bardziej. Dalekosiężne plany dotyczące tego popołudnia, wyprawa nad staw z piłeczką palantową, budowanie szałasu, zakopanie butelki z rozkazem Mongoła - wszystkie te cudowne projekty mogły w każdej chwili wziąć w łeb. Wiele zależało od nadciągajacych chmurek, toteż wpatrywali się w nie jak zaklęci, chcąc chyba zahipnotyzować je i rozproszyć spojrzeniem.
   - Tato, ale czy to prawda? Czy tak uciekałeś? - pyta Kuba. - Aż tak to chyba nie - odpowiadam. - To napisz tak, jak było! - upiera się mały. - Nie mogę napisać inaczej. - Dlaczego? - Bo tak mi zostało w pamięci, taka pamięć wychodzi przy pisaniu. - To ty kłamiesz, tata, piszesz pamięć na nowo. Kłamiesz!

fragment książki “Próby życia” (Biblioteka Studium)
© Karol Maliszewski
© www.nowaruda.info
« Powrót | Dodano: 2002-06-24 | Komentarzy: 0 | Odsłon: 217 |  | Drukuj

Komentarze:

Hasło:
Autor:

Komentarz: /300 max

Info Redakcja wortalu www.nowaruda.info oświadcza, że nie odpowiada za treść komentarzy do zamieszczanych artykułów. Za owe treści odpowiadają ich autorzy. Zabrania się umieszczania treści nawołujących do przemocy, nienawiści, nietolerancji, jak i treści obraźliwych wobec Użytkowników wortalu lub innych osób. Komentarze uznane za obraźliwe lub przekraczające granice tolerancji będą usunięte bez poinformowania o tym autorów !!!

Menu
Lipiec 2008
N Pn Wt Śr Cz Pt S
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

 AGROTURYSTYKA
Wichrowe Wzgorza
Cena: od 20 do 30

donate

  ^Top^

   spampoison    Strona zgodna z HTML 4.01   Korzysta z Apache   Korzysta z MySQL   Korzysta z PHP   Najlepiej czytaj w Firefox   Katalog Stron
Wszelkie prawa zastrzeżone (c) Nowa Ruda 2002-2006 Kamil Kobak
Aby lepiej oglądać wciśnij F11     www.nowaruda.info